Trudno sobie chyba wyobrazić większe zgorszenie dla wiernych od sytuacji, w której ksiądz, a więc człowiek, który całkowicie zawierzył Bogu i podjął się prowadzenia innych do zbawienia, odchodzi z kapłaństwa rozczarowany największą łaską, jaką można sobie wyobrazić - codziennego dotykania Najświętszego Ciała Jezusa Chrystusa i bycia narzędziem, poprzez które Bóg przychodzi na ołtarz.

Wiadomo, że różnie bywa i zawsze znajdowały się osoby, które z kapłaństwa odchodziły. Kościół prosił je jednak wówczas o to, aby nie epatowały swoim odejściem. Były one zwalniane ze wszystkich obowiązków stanu duchownego. Niektóre z nich otrzymywały zgodę od Stolicy Apostolskiej na ślub, ale wówczas normy głosiły, że nie może być on udzielony w parafii, w której pracowały, a sama uroczystość ma być cicha.

Tymczasem teraz Watykan, według doniesień medialnych, chce, by takie osoby znalazły się na świeczniku i, o zgrozo, dalej były przewodnikami wiernych w drodze do zbawienia. Nie będą mogły z oczywistych względów odprawiać Mszy świętej, ale mają mieć prawo do mówienia kazań, udzielania Komunii św., uczenia religii, wykładania na kościelnych wydziałach. Co gorsza, mają już nie obowiązywać przepisy mówiące o tym, że zabrania się takim osobom brania ślubu we własnej parafii.

Trudno przypuszczać jednak, aby ludzie, którzy odeszli z kapłaństwa, byli wiarygodnymi świadkami Chrystusa. Wydaje się jednak, że jeśli taka decyzja zapadnie, będzie podyktowana planowaną likwidacją celibatu. Wiadomo bowiem,że wielu kapłanów rezygnuje właśnie z powodu poznanej kobiety. Chodzi więc o to, żeby zmienić wizerunek tych księży i pokazać, że nie przestrzeganie celibatu nie jest niczym złym.

To prowadzi jednak do całkowitego upadku moralnego w Kościele. Jak mówi bowiem Ewangelia: „Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną” (Mt 15,14).