Jednomandatowe Okręgi Wyborcze oznaczają, że w danym okręgu można zyskać tylko jeden mandat i uzyskuje go osoba z największą liczbą głosów. Jest to zmiana wobec systemu proprocjonalnego, w którym bierze się wynik partii uzyskany w całej Polsce i na ten zasadzie rozmieszcza mandaty. System proporcjonalny ma swoje wady, bo zdarza się, że kandydat w danym regionie dostaje się do parlamentu mimo słabego wyniku, przegrywając teoretycznie z innymi kandydatami, bo jego partia uzyskała dobre notowania. Z drugiej strony system ten odzwierciedla poparcie, jaki dany komitet uzyskał w skali kraju.

Ostatnie wybory do senatu pokazały, że JOW-y wcale nie chronią przed dominacją wielkich komitetów, ale wręcz ją zapewniają. Ostatni senat był zdominowany przez PiS i KO. JOW-y w gruncie rzeczy uderzają w mniejsze partie. Wprowadzenie ich na poziomie sejmu doprowadziłoby do powstania systemu dwupartyjnego. W bezpośrednim starciu wielkich partii z małymi te ostatnie mają znikome szanse - nie mają takich funduszy, struktur i ludzi pracujących na ich sukces, a często przy tym poparcia mediów.

Obecny senat jak się okazuje, znajdzie się w rękach opozycji. Umożliwiły to właśnie JOW-y, bo PiS w senacie zyskał nawet lepszy wynik niż w sejmie, a mimo to nie przełoży się to na większość. Wynika to ze strategii przyjętej przez opozycję, aby gdzie się da, wystawiać jednego kandydata różnych ugrupowań przeciwko PiS. Wciąż senat jest zdominowany przez główne komitety, ale partia, która wygrała wybory, nie będzie w nim rządzić. Sytuacja ta pokazuje, że gdyby wprowadzić JOW-y do sejmu, liberalne partie mogłyby stworzyć specjalny parasol ochronny dla partii prawicowych i sprawić, że te nigdy nie doszłyby do władzy. Trudno uznać, że służyłoby to jednak demokracji.