Coś się jednak faktycznie zmieniło. Wydaje się, że stało się tak z postrzeganiem świętości, którą dawniej uważano jednak za pewien ideał, którego osiągnięcie jest trudne. Obecnie robi się wiele, aby pokazywać raczej, że świętość jest na wyciągnięcie ręki, nie jest czymś do wypracowania, bo nie jest moralną doskonałością, ale jest darem, który daje Bóg każdemu, kto go pragnie, gdyż jest stanem zjednoczenia ze Zbawicielem. Świętość jest w tym ujęciu, a przynajmniej może być, czymś codziennym.

Przyjmując takie myślenie Jan Paweł II wprowadził proceder, który Kenneth L. Woodward nazwał „fabryką świętych”. W okresie od 1979 do 2003 r. kanonizował 482 i beatyfikował 1343 świeckich i duchownych. Żaden papież w przeszłości nie ogłosił tylu świętych, w tym tak wiele osób świeckich. Jan XXIII chociażby, którego pontyfikat trwał co prawda tylko pięć lat, kanonizował zaledwie 10 osób, a beatyfikował 5. Nie jest to jednak znak, że obecnie do świętości doszło więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. Jest to efekt rozmyślnej polityki, która zmierza do zmiany mentalności katolików. Papież Polak sam zresztą o tym pisał, używając nawet terminu „programowanie świętości”1.

Tak masowe kanonizowanie było możliwe, dzięki temu, że Papież Polak zlikwidował w 1983 r. instytucję „advocatus diaboli” – „adwokata diabła”. Była to nieoficjalna nazwa promotora wiary (łac. Promotor fidei), którego zadaniem było doszukiwanie się przyczyn, dla których ktoś nie może zostać beatyfikowany bądź kanonizowany. Urząd ten istniał od 1587 roku, gdy wprowadził go papież Sykstus V . Zastąpiono go urzędem „promotora sprawiedliwości”, który czuwa nad zachowaniem norm prawnych podczas procesu, przygotowuje pytania dla świadków oraz powołuje biegłych, a w razie stwierdzenia poważnych nieprawidłowości może przerwać proces beatyfikacyjny. Ma za zadanie także weryfikowanie wszystkich negatywnych informacji na temat wyniesienia kandydata na ołtarze. Może także żądać uzupełnienia akt po przeprowadzeniu procesu diecezjalnego. Teoretycznie więc urząd ten został jedynie zreformowany, ale w praktyce stracił na znaczeniu.

Jan Paweł II beatyfikując i kanonizując na potęgę, chciał za wszelką cenę przekonać wiernych, że świętość jest możliwa do osiągnięcia. Ten cel sam w sobie był słuszny, chociaż, jak podpowiada zdrowy rozsądek i doświadczenie: to, co powszechne nie jest już tak cenne dla ludzi. Powszechne kanonizacje robią wrażenie jakbyśmy mieli właśnie do czynienia z fabryką, w której taśmowo produkuje się nowe wzory moralne. Kanonizacja konkretnego człowieka jest dowodem na to, że jest on już w niebie, jego kult jest dozwolony i można się modlić korzystając z jego wstawiennictwa. Kanonizacja jest też wyrazem przekonania Kościoła, że już tu w doczesności dany człowiek był zjednoczony z Bogiem. Każdy święty ma być dla wiernych wzorem do naśladowania oraz przewodnikiem w drodze do Boga.

Kult danego świętego rodził się do tej pory raczej oddolnie. Ktoś cieszył się za życia opinią świętości i po jego śmierci wierni zaczynali uciekać się do niego w modlitwach, starali się pamiętać o nim i go naśladować. Powodowało to, że kult narastał z czasem, prowadząc do sytuacji, w której katolicy naciskali na hierarchię, aby rozpoczęła proces beatyfikacyjny. Kościół zaś zachowywał się wstrzemięźliwie, badają dokładnie każdą taką prośbę. W niektórych wypadkach przeprowadzał proces, który mógł skończyć się oficjalnym stwierdzeniem, że dany kult jest właściwy, a osoba będąca jego przedmiotem, faktycznie znajduje się w niebie.

Współczesne liczne kanonizacje zdają się odwracać ten proces. Robią one wrażenie, jakby papieże wierzyli, że faktycznie można „zadekretować świętość”, czy jak napisał Jan Paweł II, zaprogramować ją. Zapomina się przy tym, że jeżeli samej kanonizacji nie będzie towarzyszyć proces rozwijania się kultu, który w niektórych wypadkach domaga się skorygowania bądź pogłębienia, to sam akt papieski nie wystarczy, by dany święty stał się przewodnikiem dla ludzi.

Franciszek wzmocnił jeszcze te tendencje.

 

1 Jan Paweł II, Novo millenio ineunte, par. 31.