Tak by to wyglądało z pozoru, ale być może w tym szaleństwie jest metoda. Na taką możliwość naprowadza nas refleksja nad uchwałą. Można powiedzieć, że łączy ona – jak to mówią – piękne z pożytecznym, na co wskazywałyby poszczególne punkty, a zwłaszcza – punkt czwarty, podający w wątpliwość prawomocność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. „Gdzie mądry człowiek ukryje liść? - zapytywał ksiądz Brown w opowiadaniu Chestertona „Złamana szabla” - i odpowiadał: „w lesie”. A co zrobi mądry człowiek, gdy nie ma lasu? Wtedy mądry człowiek zasadzi las, żeby ukryć w nim liść.” Otóż cała uchwała trzech połączonych izb Sądu Najwyższego oraz towarzyszący jej festiwal krętactwa, ma ukryć pragnienie sędziowskiego środowiska, żeby nadal pozostało poza jakąkolwiek odpowiedzialnością za to, co wyprawia. Rząd próbuje tę odpowiedzialność wprowadzić właśnie przy pomocy Izby Dyscyplinarnej i dlatego właśnie ona spotkała się z najsurowszą oceną porażonych gersdorfinami sędziów SN. O ile resztki przyzwoitości nie pozwoliły trzem połączonym izbom ostentacyjnie złamać zasady, że prawo nie działa wstecz przy ocenie orzeczeń wydanych przez sądy, w których zasiadali sędziowie „trefni”, to znaczy – mianowani przez prezydenta z rekomendacji obecnej Krajowej Rady Sądownictwa, o tyle w przypadku złowrogiej Izby Dyscyplinarnej wszyscy poszli na całość – bo kto by się tam przejmował jakimiś zasadami, kiedy tu idzie o życie w komforcie? Przewidział to jeszcze w XVIII wieku Voltaire pisząc, że „kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku”. Ale poza tym, uchwała wprowadza zasadę, że jedni sędziowie mają prawo oceniać legalność, a w każdym razie – bezstronność innych sędziów. Którzy – których? Ano – ci, co zostali rekomendowani przez poprzednią Krajową Radę Sądownictwa tych, którzy zostali rekomendowani przez Radę nową. Ciekawe, że według niezawisłego Sądu Najwyższego, który powołał się na art. 45 konstytucji, podejrzani o brak bezstronności zostali tylko sędziowie z rekomendacji nowej Rady, a nie np. sędziowie będący tajnymi współpracownikami  bezpieki, np. Urzędu Ochrony Państwa, Wojskowych Służb Informacyjnych, czy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Tymczasem wiadomo, że w latach 90-tych ABW przeprowadziła „Operację Temida”, polegającą na werbunku konfidentów właśnie w środowisku niezawisłych sędziów. Czy podobne operacje prowadziły WSI oraz inne bezpieczniackie watahy? Prawdopodobnie tak, bo ani konstytucja, ani ustawa o ustroju sądów powszechnych nie zakazuje sędziom tajnej współpracy z bezpieką, więc wszystko mogło odbyć się w tak zwanym „majestacie prawa”. No ale nie mówi się o sznurze w domu wisielca, toteż nic dziwnego, że połączone izby ani się na ten temat zająknęły.

 

Tak wygląda „pożyteczna” strona operacji.  A jak wygląda ta „piękna”? Solennie podjęta i z przytupem ogłoszona uchwała SN oznacza, że wkroczył on na drogę konfrontacji i z  rządem i z prezydentem. Co więcej – nie może się już cofnąć nie tylko bez ośmieszenia się w oczach opinii publicznej, ale i pod groźbą skarcenia ze strony Naszej Złotej Pani z Berlina, za sprawą której, od marca 2017 roku rozgorzała u nas walka o praworządność. Rząd też nie może się cofnąć, podobnie jak i prezydent, a o oznacza, że sytuacja  zmierza w stronę konfrontacji. Jaki może być jej wykalkulowany skutek? Taki, że niezawiśli sędziowie może nie wyaresztują się nawzajem, co byłoby jakimś wyjściem z tej patowej sytuacji, ale że na pewno nawzajem podważą swoją legalność. Bo przecież sędziowie mianowani przez prezydenta z rekomendacji nowej KRS będą „orzekali”, ryzykując, że te orzeczenia zostaną przez Sąd Najwyższy z powodu politycznej wścieklizny pouchylane. To znaczy – nie oni będą ponosili ryzyko, tylko obywatele, uczestniczący w postępowaniu przed sądami z ich udziałem. Nawiasem mówiąc, przypomina to sytuację powstałą na tle sporu donatystów z antydonatystami. Wtedy chodziło o to, czy sakramenty sprawowane przez „tradytora”, czyli konfienta rzymskiej bezpieki, są ważne, czy nie. Stuletni spór, któremu towarzyszyły ekscesy w postaci rozruchów i morderstw, został ostatecznie rozstrzygnięty przez św. Augustyna, który orzekł, że kondycja moralna kapłana nie wpływa na ważność sprawowanych przez niego sakramentów. Skutek uchwały Sądu Najwyższego, a ściślej – praktyki, jaka w jej następstwie się wytworzy, musi doprowadzić do anarchii, której konsekwencją może być próba siłowego rozprawienia się z sędziami przy pomocy rozwścieczonych łajdactwami, prawniczym kretynizmem i krętactwami obywateli. Taka sytuacja spełniałaby kryteria tzw. „klauzuli solidarności” z traktatu lizbońskiego, do której zastosowania potrzebna byłaby tylko prośba o udzielnie przez Unie Europejską „bratniej pomocy”. Gdyby Pierwszy Prezes SN zwrócił się z taką prośbą, to pozory legalności interwencji zostałyby uratowane i Polska dostałaby się pod niemiecką kuratelę – bo przecież cała ta „walka o praworządność” z coraz szerszym wykorzystaniem instytucji Unii Europejskiej jest prowadzona. Mamy zatem możliwość powtórki z historii, a konkretnie – z XVIII-wiecznej Konfederacji Targowickiej, nawiasem mówią, też zawiązanej pod pretekstem obrony praworządności.  Warto tedy pamiętać,  że do obezwładnienia polskiego państwa doszło na skutek całkowitej bezkarności agentury, z którą mamy do czynienia również i teraz. Gdyby za zdradę groził pieniek, albo powróz, to jestem pewien, że do żadnej uchwały trzech połączonych izb Sądu Najwyższego by nie doszło – ale ani pieniek, ani powróz za zdradę nie grozi, więc myszy tańcują, jak im Nasza Złota Pani Zagra.