Jego wspaniałym, choć dramatycznym przykładem jest czyn skromnego włoskiego księdza. Ten zarażony wirusem, ciężko chory 72 - latek kazał oddać swój ratunkowy respirator jednemu z młodych pacjentów. Ofiarował swoje życie, aby ratować życie bliźniego.

Przez te dni napotkałam zarówno ludzi złych, jak i tych dobrych, wspaniałych. Złych pominę milczeniem - nie zasłużyli na najmniejszą wzmiankę. Za to wiele słów należy się dobrym. Chociażby sąsiadom. Wiedząc, że choruję na astmę, więc muszę uważać i nie wychodzić z domu, kilkakrotnie oferowali mi wyrękę w zakupach. Któregoś ranka zadzwoniło do drzwi troje nastolatków z okolicy. Zaproponowali pomoc. Nie muszę dodawać, jak wzruszające były to gesty i jaki zaciągnęłam dług u tych, którzy rozumieją, że można nie tylko brać, ale i dawać.

Miałam w życiu szczęście napotkać wielu pięknych ludzi. Jednym z nich była siostra Franciszka z przedszkola prowadzonego przez zakonnice w Radymnie na Podkarpaciu. Owa niezwykła kobieta zawsze otaczała opieką ludzi w potrzebie. A że posiadła umiejętność pomocy chorym, często gościła w domach, gdzie potrzebna była jej pomoc. To ona w ostatniej niemal chwili uratowała życie mojej Mamie, kiedy już leki nie działały. Zastosowała wówczas sobie tylko znany sposób, wywodzący się z wieloletniego doświadczenia. Pilnując chorej nie zapomniała przy tym nakarmić trójki malców: brata, siostry i mnie. Przyniosła kurę i ugotowała nam rosół. Zawsze będą pamiętać tę szczupłą wysoką kobietę w habicie i ten rosół.

Pięknym człowiekiem był Stanisław Ochalik ze wsi Chorzelów k. Mielca. Pisałam o nim szerzej w „Mojej Rodzinie”. Ten głuchoniemy mężczyzna, który stracił w młodości słuch, celem życia uczynił kształcenie wiejskiej młodzieży. Ciężko pracując na roli, zarobione pieniądze przeznaczał na kupno książek, przez szereg lat gromadząc kilkutysięczną bibliotekę. Korzystali z niej w okresie przed wojną oraz później uczniowie i studenci z kilku okolicznych powiatów, gdzie podobnych bibliotek nie mieli. Sam egzystował w marnej izdebce, w oczy często zaglądała mu bieda. Lecz ważniejsze od niej było to, co czynił dla innych. Na swój sposób oddawał im swoje życie, prowadzony przez wewnętrzny imperatyw czynienia dobra.

Innych pięknych ludzi, opiekujących się tymi najbiedniejszymi z biednych, niepełnosprawnymi umysłowo dziećmi i młodzieżą, spotkałam w Zgórsku k. Kielc. Były to siostry felicjanki. Choć minęło już wiele lat, obraz tamtejszego ośrodka dotąd stoi mi przed oczami. Urokliwy krajobraz okolicznych zielonych wzgórz, na jego tle budynki i pawilony dla pensjonariuszy. Wygracowane ścieżki, kwiatowe klomby, z tyłu sad owocowy w pełnym rozkwicie. I byłaby to sielanka, gdyby nie fakt, iż przebywały tam dziesiątki młodych ludzi dotkniętych różnymi stopniami niedorozwoju. Od tych lżejszych, po te skrajne, kiedy istotę ludzką określa się roślinką.

Pamiętam taką scenę: dwie zakonnice między gromadką rozbrykanych chłopców. Co chwilę któryś podchodzi, przytula się, siostra gładzi go po głowie. Dzieci te, jak mi powie jedna z sióstr, są mimo swojego stanu bardzo wrażliwe, często mocno odczuwają brak rodziców, szczególnie matki. Na swój sposób chcą więc tę matkę przyciągnąć. Wyrażają to, szykując dla niej np. własnoręcznie wykonane prezenty, nie jest bowiem rzadkością, że wiele tych dzieci ma mocno rozwinięte zdolności manualne. Trzeba wielkiej determinacji i cierpliwości, ażeby znosić z pogodą ducha i uśmiechem świadomość, iż mają pod swymi skrzydłami dzieciaki pozbawione naturalnego dzieciństwa, którego wszak nie mogą im ofiarować. Dlatego chciały być dla nich tym, co w świecie dobre.   

Piękni ludzie. Rozejrzyjmy się wokół a na pewno ich spotkamy, być może nawet obok.

Zuzanna Śliwa