A za cały ten burdel na równi z dziczą z Antify i organizacji, a w zasadzie gangów murzyńskich, które najechały się do owej dzielni odpowiada również, a może przede wszystkim demokratyczna burmistrz Seattle -  Jenny Durkan. To ona i demokratyczny gubernator stanu Waszyngton Jay Inslee pośrednio i bezpośrednio odpowiadają za wszystko co dzieje się w strefie i wokół strefy. Za cały ten bandytyzm. Za zabójstwa, gwałty, rabunki i podpalenia. 

W "Capitol Hill Autonomous Zone” (CHAZ), czyli po polsku „Autonomicznej Strefie Wzgórza Kapitol” w Seattle szerzy się anarchia i bezprawie (o jakie zaskoczenie). Tymczasem już trzy tygodnie temu prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump wezwał gubernatora stanu Waszyngton Jaya Inslee i burmistrz Seattle Jenny Durkan (obie łajzy oczywiście są z Partii Demokratycznej) do podjęcia zdecydowanych kroków, żeby  „przywrócić porządek w mieście”.  - Odzyskajcie natychmiast swoje miasto. Jeśli tego nie zrobicie, zrobię to ja. To nie zabawa. Tych okropnych anarchistów trzeba jak najszybciej powstrzymać – napisał wówczas Donald Trump.

I co? I jajco. Najpierw inteligentna inaczej (jak to jest w zwyczaju u większości demokratycznych polityków i polityczek) Jenny Durkan tylko odszczeknęła się prezydentowi „Uczyń nas wszystkich bezpiecznymi. Wracaj do swojego bunkra. #BlackLivesMatter”. Pokazując, że nawet nie jest idiotką, tylko pozbawioną kompletnie mózgu eugleną zieloną, co akurat w Partii Demokratycznej jest najlepszą przepustką do awansu vide przypadek kongresmenki meksykańskiego pochodzenia Octavii Cortes, która jest tak głupia, że nie można jej nawet powierzyć szczotki do zamiatania, a zasiada w Kongresie. Oczywiście ta wypowiedź wzbudziła ogólnoświatowy aplauz wszelkiego lewactwa. Ale mu powiedziała! Natomiast gubernator Jay Inslee twierdzi, że… nie wie nic o strefie autonomicznej!

- „Cóż, to dla mnie nowina, więc będę musiał powstrzymać się od  komentarza na ten temat. Nie słyszałem nic na ten temat, z żadnego wiarygodnego źródła. Nie to, że nie jest pan wiarygodny. Zanim poprę jakąś opinię, powinienem wiedzieć o czym mówię”. Ot cwaniaczek. A co miał powiedzieć? Strefy autonomiczne próbowano zorganizować w kilkudziesięciu miejscach, w większości tam, gdzie rządzą demokraci. Strefy w Nasville, Nowym Jorku, Portland, czy stołecznym Waszyngtonie równie szybko zniknęły, jak powstały. Jednak pomimo politycznej poprawności i wspierania lewactwa prawie żaden polityk (nawet demokratyczny) nie okazał się tak głupi, żeby oddać kawał miasta dziczy, żeby mogła sobie zrobić tam anarchistyczną strefę bezprawia. Żaden z wyjątkiem jego koleżanki Jenny Durkan.

Tymczasem sytuacja w Seattle przypomina pożar w burdelu. Prezes Gildii Oficerów Policji w Seattle Michael Solan otwarcie mówi, że „Kierownictwo miasta w Seattle straciło całą polityczną wolę egzekwowania rządów prawa”. I tak powstała strefa bezprawia. O tym co dalej z tym „eksperymentem społecznym” może się stać i dlaczego krew może polać się strumieniami w amerykańskie Święto Narodowe 4 lipca napiszę w kolejnym felietonie.

Piotr Stępień