Zdaniem eksperta jest to zły pomysł, bo opłata reprograficzna ma być „rekompensatą za zjawisko »piractwa«, które zostało już jakiś czas temu zmarginalizowane".

- Obecnie konsumpcja treści odbywa się bowiem głównie w modelach subskrypcyjnych, które gwarantują twórcom udział w zyskach - przekonuje.

Proponowane przez PiS rozszerzenie opłaty reprograficzne doprowadziłoby do wzrostu o 6 proc. cen smartfonów, tabletów i smart-TV.

Jak przypomina ekspert „opłata reprograficzna jest obecnie doliczana do ceny urządzeń i nośników służących do kopiowania (nagrywarki, ksera, czyste płyty CD/DVD) i wynosi – od 0,17 do 3 procent".

- Uzyskane środki trafiają do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (OZZ), które po potrąceniu kosztów, przekazują je twórcom. Jest to rekompensata za to, że wspomniane urządzenia i nośniki bywają wykorzystywane do nieautoryzowanego kopiowania twórczości chronionej prawem autorskim - zauważa.

System ten działa kiepsko, bo „rozporządzenie ministra kultury, które szczegółowo reguluje, za co i ile trzeba płacić, nie było nowelizowane od wielu lat".

- Mamy więc w nim wymienione głównie „prehistoryczne" technologie takie, jak np. kaseta magnetofonowa, zestaw wieżowy z magnetofonem i odtwarzaczem płyt CD, czy magnetowid. Trudno się więc dziwić, że z obłożenia ich opłatą reprograficzną nie uzyskuje się zbyt dużych środków - tłumaczy.

Zmiany technologiczne skłoniły organizacje zbiorowego do lobbowania „za »urealnieniem« opłaty reprograficznej, czyli objęciem nią tych urządzeń, na których obecnie konsumuje się najwięcej treści chronionych prawem autorskim – przede wszystkim smartfonów, tabletów i smart-TV".

- Pojawiły się propozycje, żeby wprowadzić tu stawkę 6 proc. - czytamy.

Na podwyżce zależy głównie organizacjom, bo w myśl rozporządzenia nie jest określony procent od uzyskanej kwoty, który trafia do kieszeni organizacji, a nie kieszeni artystów.

Wzrost opłaty doprowadziłby do wzrostu cen urządzeń nią objętych. Najnowsze smartfony podrożałyby nawet o 300 zł.

Zdaniem eksperta nie jest prawdą to, że artyści tracą na piractwie. Prawdą jest to, „że dziś konsumpcja treści odbywa się głównie na telefonach, tabletach i smart-telewizorach".

- Jednak czasy, w których cechą charakterystyczną studenta było posiadanie dysków wypełnionych skopiowanymi od kolegi „empetrójkami", czy ściągniętymi z sieci filmami minęły bezpowrotnie. Dziś zasadnicza część konsumpcji treści odbywa się z płatnych źródeł (Spotify, Apple Music, Netflix, HBO GO), które bazują na dobrowolnych umowach z twórcami i zapewniają im wynegocjowany zarobek. Również zasadniczo bezpłatne serwisy (YouTube), dzięki dzieleniu się zyskami z reklam, umożliwiają twórcom osiąganie przychodów ze swojej twórczości" - pisze.

Ważne jest to, że według wszelkich badań dochody artystów są zależne od ich popularności, i popularyzowanie artysty przez internet automatycznie zwiększa jego dochody.

Ekspert w swoim artykule zwrócił też uwagę, że tak zwane ''piractwo'' czyli „dozwolony użytek osobisty z art. 23 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych pozwala przecież zupełnie legalnie podejmować działania określane jako »pirackie« (pobieranie muzyki, filmów, kserowanie książek, itp.)".

Wart przypomnieć, że „prezydent Andrzej Duda wyraźnie sprzeciwił się »podatkowi od smartfonów«". Orędownikiem opłaty jest wicepremier Piotr Gliński.

Opłata reprograficzna jest podatkiem, a nie opłatą, bo zdaniem eksperta „opłata w przeciwieństwie do podatku jest ekwiwalentna".

- Po zapłaceniu podatku nie mamy więc żadnego roszczenia, a np. uiszczając opłatę za wywóz śmieci mamy prawo wymagać wykonania tej usługi. Zatem z tego punktu widzenia, opłata reprograficzna jest więc raczej podatkiem, bo osoba płacąca nie otrzymuje przecież w zamian żadnego konkretnego świadczenia. Nie jest to jednak pierwszy przypadek, kiedy podatek próbuje się „sprzedać" pod płaszczykiem lepiej brzmiącej opłaty - wyjaśnia dr Biga.

Jan Bodakowski