A takimi niepoprawnymi według lewaków mogą być absolutnie wszystkie pomniki. W sumie niszczyli już monumenty na których byli upamiętnieni George Waszyngton, Abraham Lincoln, generał Grant, Winston Churchill, Mahatma Gandi, Cervantes, Tadeusz Kościuszko, mała syrenka Andersena, łoś (jego też obalili i podpalili na nim flagę), a nawet 55 pułk piechoty z Nowego Jorku, który w czasie wojny secesyjnej walczył po stronie Północy, a jego żołnierzami byli Murzyni! Cóż jak widać logika według lewackiego kretyna nigdy nie ma nic wspólnego z logiką.

W tym morzu wtórnego barbarzyństwa amerykańscy katolicy i patrioci próbowali zatrzymać orgię niszczenia pomników często stając żywym łańcuchem przed nimi. W zamian byli opluwani, lżeni, a nawet bici przez Antifę i Murzynów. Takim przykładem może być historia z bliźniaczego miasteczka Mineapolis - St. Paul, gdzie murzyńsko-lewacka dzicz pobiła staruszka broniącego przed nimi pomnika francuskiego króla Ludwika Świętego. W dodatku bezczelny bandzior, który się tego dopuścił opowiadał mediom, że „broniłem się przed terrorystami”.

Znalazł się jednak sposób o wiele skuteczniejszy w zakresie ochrony pomników i to jeszcze zanim Donald Trump ogłosił dekret o ich ochronie, przy czym wandale mogliby byś skazani nawet na 10 lat więzienia za ich niszczenie. Otóż patrole chroniące zabytki przeszły z ochrony bliskiej na znacznie dalszą, za to równie, o ile nawet nie skuteczniejszą. Zgodnie z zasadą, że „do ludzi należy mieć dystans. Najlepiej od 600 do 1200 metrów w zależności od optyki na karabinie snajperskim” utworzono posterunki strzelców wyborowych. Ponieważ na cywilnym rynku broni znajdują się zarówno wysokiej klasy karabiny wyborowe i sztucery myśliwskie, jak i doskonała optyka to przy wysokim poziomie strzeleckim amerykańskiej prowincji wielu z amerykańskich patriotów jest w stanie z 200 metrów odstrzelić jaja lecącemu komarowi. Odstrzelić cochones (o ile w ogóle takowe posiada) jakiejś łajzie z Antify, czy gibającemu się Afro-Amerykaninowi z lokalnego gangu jest o wiele łatwiej, szczególnie jak się umie strzelać. A większość rednecków (taka amerykańska wersja wieśniaka z prowincji) kocha broń (oraz wódę, browary i wielkie, paliwożerne samochody typu pick-up) i strzela całkiem nieźle. Najlepszym przykładem może być przypadkowy facet (cywil), który kilka lat temu w Teksasie z pistoletu rozwalił dwóch muzułmańskich terrorystów wyposażonych w kałasznikowy i posiadających na sobie kamizelki kuloodporne. Po prostu strzelił im obu w głowy. Szybciej i celniej, niż oni. I zrobił to zanim jeszcze policja zdołała dojechać. Ot normalny dzień tubylca w Teksasie.

Tak więc w kilku miastach, z których na życzenie lokalnych włodarzy z Partii Demokratycznej wycofała się policja ustawiono na dachach posterunki snajperskie. Które oczywiście najpierw lojalnie ostrzegają, głównie sygnałami dźwiękowymi (spie… stąd Czarnuchu/lewaku). Gdy ci mniej kumaci jednak, pomimo ostrzeżeń dalej próbują dobrać się do pomników albo strzeżonej firmy strzela się im kilkanaście centymetrów obok głowy, albo nogi. Raczej jednak, jak widać na filmikach obok głowy, ponieważ strzelanie przy nodze może spowodować rykoszet i trafienie kogoś. I wtedy można zobaczyć dlaczego ciemnoskórzy są mistrzami dystansów sprinterskich, chociaż biała, lewacka dzicz z Antify też pod tym względem ma niezłe wyniki lekkoatletyczne. Nikt bowiem nie jest tak durny, żeby zarobić kulę w swój lewicowy, niepotrzebny łeb za szerzenie na pomniku idei Marksa, Lenina, czy innego ideologicznego talibanu. Nawet jak na co dzień jest równie kumaty, jak europoślica Spurek, czy jak najdurniejszy z całego afrykańskiego plemienia na South-ie w Chicago.

Jak widać na każde łajdactwo jest metoda. Tylko trzeba chcieć i wykazać odrobinę inicjatywy. A także potrzeba karabinu snajperskiego z dobrą optyką w ręku wyszkolonego strzelca. Pamiętajmy - do ludzi należy mieć dystans. Najlepiej od 600 do 1200 metrów w zależności od optyki na karabinie snajperskim.

Piotr Stępień