- W to, że tęczowa flaga jest symbolem solidarności z uciskaną mniejszością, wierzyć mogą tylko naiwni. Tak naprawdę, flaga LGBT jest sztandarem wojennym - czytamy we wpisie.

- Doskonale wiemy, że nie chodzi o żadną tolerancję. Ani o prawo spadkowe, odwiedzanie w szpitalach i rzekomą agresję na ulicach, to tylko chwytliwe społecznie wymówki. Bo jeśli szczerze walczy się o takie sprawy, to nie prowokuje się raz za razem większości społeczeństwa. Jeśli ataki na homoseksualistów rzeczywiście są takim problem, to prowokacje pomogą czy zaszkodzą? Będzie po nich mniej czy więcej złości? Jeśli faktycznie byłby w Polsce taki problem z przemocą, jak głosi lewica, to na miejscu homoseksualistów czułbym frustrację, bo to oni będą płacić cenę, za to, że ktoś wyciera sobie nimi gębę, robiąc na tym politykę. Takie sytuacje pokazują, że o co innego tu chodzi, a tęczowa flaga to coś znacznie więcej niż symbol homoseksualistów - napisał autor.

Zwraca też uwagę, że "zrozumiałby jeszcze chęć odwetu, gdyby ośmieszono symbol nacjonalistów, kibiców, coś ważnego dla młodych chłopaków z osiedli".

- Z wyżej opisanej perspektywy byłoby to jeszcze głupsze, ale przynajmniej jakoś po ludzku zrozumiałe. W końcu to środowiska faktycznie bezpardonowo niechętne seksualnym mniejszościom i konfrontacyjne ze swej natury. Jak ktoś lubi twardo grać, to nie może być zdziwiony. Ale ośmieszono historyczną figurę Chrystusa, symbol święty dla katolicyzmu. Religii głoszącej miłość bliźniego, której przedstawiciele, kościelni i świeccy, mimo swego krytycyzmu dla postulatów LGBT, nie raz potępiali przemoc wobec mniejszości. I nie ma w tym przypadku, bo to chrześcijaństwo, jako fundament tradycyjnych wartości w naszej cywilizacji, jest największym problemem środowisk krzyczących o tolerancji i miłości - stwierdzona i podkreśla, że "b ył to akt przemocy symbolicznej, obliczonej na upokorzenie przeciwnika, bo jesteśmy w trakcie wojny – wojny kulturowej".

- Kwestia mniejszości seksualnej jest tu tylko narzędziem. Taranem mającym rozbijać tradycyjne przeszkody stojące na drodze nowego, zglobalizowanego porządku. Nie przypadkiem wszystkie wielkie korporacje wspierają dziś tę sprawę, wciskając tęczę gdzie tylko się da. Można by pomyśleć, że dbają o zysk tylko po to, żeby mieć środki na walkę z dyskryminacją. Ale stojące za korporacjami, globalistyczne elity finansowe nie są ludźmi ulepionymi z innej gliny. Zależy im na tym, na czym zawsze zależało elitom. Na władzy. Wielki kapitał świetnie się czuje, gdy nic nie ogranicza jego przepływów. Stąd wrogość do tradycji narodowych. Po co komu te podziały i silne, emocjonalne tożsamości nad którymi nie ma kontroli? Wynikają z tego tylko problemy w rodzaju rządów narodowych, zamiast władzy międzynarodowych instytucji. Dlatego wszystko co osłabia narodowe więzi jest promowane w popkulturze - wyjaśnia autor wpisu.

- Wielki, globalny kapitał lubi typ konsumenta. Człowieka wyalienowanego z autonomicznych społeczności, organizującego życie wokół miejsca pracy i tworzącego swoją tożsamość wokół popkultury produkowanej przez medialne korporacje. Jak należy żyć, powie mu Hollywood. Jak wartościować ludzkie zachowania, nauczy go Netflix. Czym jest piękno, wskaże mu świat reklamy. To wspaniała wizja dla zarządzających masami, niestety wciąż na jej drodze stoi problem w postaci religii - zwraca uwagę.