Pierwsze dwa dni poświęciłam łowieniu jedzenia, bo w sklepach było tyle co nic. Na szczęście komuś młodemu, kto przywykł do skromnego życia, wystarczało byle co. Chleb z dżemem, ziemniaki i kefir. Za to po półgodzinnej jeździe kolejką mogłam dotrzeć do plaży. Mój plan na wakacje był więc prosty: mieć co wrzucić na ruszt i poopalać się nad morzem.
      Trzeciego dnia plany stanęły na głowie. Zobaczyłam na podwórku sąsiadki gorączkowo o czymś rozprawiające. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam słowo strajk. Strajk? Gdzie? W Polsce Ludowej? Niemożliwe! A jednak. Podobno stanęła Stocznia. Po paru godzinach wrócił do domu jeden z tam pracujących i wieść tę potwierdził. Strajk trwał i zanosiło się, że potrwa dłużej.
      Miałam w Gdańsku kilka znajomych. Z jedną z nich, Danką Iwaniec postanowiłyśmy ruszyć pod Stocznię, sprawdzić wszystko na własne oczy. Przedtem udało nam się załapać na dodatkowe dostawy


towarów w pobliskich sklepach. Rzucili masło, chleb, nawet świeże kurczaki i trudną do zdobycia kawę. Ulicą Grunwaldzką jeździły oflagowane auta z napisem Strajk. Ruch tramwajowy zawieszono. Sąsiad pracujący w miejskiej energetyce wyjaśnił, że centrala wyłączyła prąd. (Po latach usłyszymy, że tramwaje wstrzymała, blokując tory, tramwajarka Krzywonos, co jest daleką od prawdy bujdą…).


      Dróżką od kolejki (jeździła jeszcze parę dni), dotarłyśmy w pobliże Stoczni. Nie same. Obok szły dziesiątki innych, głównie kobiet. Każda targała wypchany bagaż, jedzenie dla stoczniowców. Danka wypatrzyła swoją sąsiadkę, panią Zosię. Starsza pani, obarczona pakunkiem, wspierając się o kule, dreptała z wyraźnym wysiłkiem. Upiekła strajkującym szarlotkę. To jedna z osób z tamtych dni,  które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Drugą był mężczyzna za ogrodzeniem Stoczni, na placu gdzie kłębił się tłum strajkujących. Ogorzały, dobrze po pięćdziesiąte, o intensywnie niebieskich oczach. Stał nieruchomo, patrząc przed siebie, gdzieś nad naszymi głowami. O czym myślał, na co czekał? Właśnie jego twarz jest w mojej pamięci symbolem tamtych dni. Spokój, oczekiwanie, zmęczenie. I nadzieja.


        Kolejnego, bodaj czwartego czy piątego dnia strajku, usłyszeliśmy nazwisko Wałęsa. Pojawił się wtedy ktoś taki, ale nie budził wśród mieszkańców naszego domu żadnych skojarzeń. Nie był znany. Zmieniło się to później. Na razie wyłapywaliśmy krążące po mieście ulotki z tekstami odezw raz to od partyjnych władz miasta, to znów od strajkujących. Było też sporo piosenek  i satyrycznych wierszy o „sile przewodniej narodu– PZPR”. Kto z sąsiadów dorwał coś ciekawego, odpisywaliśmy to sobie na „wieczną rzeczy pamiątkę”. Nic mi z tych pilnie notowanych utworów nie pozostało. Zwędziła mi je, nawet nie wiem kiedy, jakaś nieznana ręka.


      Drugiego dnia strajku zaczęłam prowadzić dziennik, notując wszystko co się w Gdańsku dzieje. Zapisałam tak gruby brulion. Fragmenty tych zapisków drukował potem w odcinkach „Tygodnik Solidarność”. Mogę teraz wyławiać z niego różne smaczki, jak choćby opowiastkę młodego sąsiada Kazia, który pracował w zakładach „Fala”. Te nie strajkowały aż do dnia, dopóki na ich ogrodzeniu ktoś nie wypisał „Tylko Fala zapierdala” ( proszę nie kropkować, historii się nie koryguje…). Innym smaczkiem była przelatująca miastem pogłoska, że sopocki półświatek: cinkciarze, prostytutki i ich alfonsi chcą dorzucić się do strajku, więc zorganizowali zbiórkę na jego rzecz. Ile zebrano, co za to stoczniowcom kupiono, trudno ustalić. Całe podwórkowe towarzystwo chichotało też po opowiastce o dyrektorze jednego z jeszcze nie strajkujących zakładów. Widząc napięcie wśród załogi zaczął ją pocieszać i zaproponował, żeby przestali się martwić i po prostu do strajku przystąpili, a on się na to nie pogniewa. Zresztą wówczas strajkowali już wszyscy.


       Byłam na placu przed Stocznią, gdy ogłoszono podpisanie Porozumień. Potężny tłum po obydwu stronach, za ogrodzeniem i przed nim. Na płocie kwiaty. Krzyk, entuzjazm, mowa Wałęsy. Haust zwycięstwa i wolności. Potężna nadzieja. Wtedy nikt nie przypuszczał, że wkrótce nadzieję tę zacznie się brukać w cichych, potem coraz głośniejszych rozgrywkach o władzę, i że komuna tak łatwo się nie podda. Mimo wszystko udało się nam jednak wyrwać spod jej wszechwładnego buciora. Jeśli nie do końca – nadzieja jeszcze żyje.
                                                                             Zuzanna Śliwa