Po prostu towarzysz Joe Biden jest jak towarzysze Lenin i Breżniew – wiecznie żywy. Zgoła niczym żywe trupy od VooDoo na Karaibach. W sumie demencja, Alzhaimer i Parkinson to żadna przeszkoda w byciu marionetką na stanowisku najpotężniejszego przywódcy świata. Jednego można być pewnym – gdyby wygrał wybory to dostałby fotel bujany w ogrodzie różanym Białego Domu, pled na kolanka, a cała jego rola to byłoby podpisywanie tego, co by mu przynosiła jego kolorowa wiceprezydent Kamala Harris.

Kamala Harris – pociągająca z sznurki

Zdaniem wielu to taka współczesna wersja kolorowej (pochodzenie jamajsko-hinduskie) skrajnie lewackiej nazistki z Partii Demokratycznej. Będąca za rozszerzaniem praw LGBTQ-usów, homomałżeństwami z adopcją i aborcją do dziewiątego miesiąca, czyli do dnia narodzin dziecka. A także za ograniczeniem prawa do posiadania broni przez Amerykanów. Dodatkowo ma męża, który według „Jerusalem Post” jest jednym z najbardziej wpływowych Żydów nie tylko w Ameryce, ale i na świecie. (w sumie na tej liście jest także zięć Trumpa Jared Kushner, więc akurat obstawiając obie strony lobby żydowskie nie straci i już jest zwycięzcą amerykańskich wyborów) I to pewnie Kamala Harris i jej reszta demokratycznych doradców odpowiada za smęcenie w jednym przemówień przez Bidena o „strefach wolnych od LGBT w Polsce”. Którą to wypowiedź czytelnicy z forum mojej ulubionej „Gazety Żydowskiej” uznali, za straszny dowód na upadek Polin w rankingu nowoczesności współczesnego i powód do niewypowiedzianego wstydu. Jakby kocopoły wydostające się z ust Joe'go Bidena miały jakąś realną wartość.

200 milionów w pół godziny

O tym, że Biden jest Breżniewem u schyłku swojej kariery, a może i życia dowodzi, że nie wie sam, co mówi. Ba ma nawet problemy przeczytać, to co mu na prompterze napisali. Czasami czyta, że A to twierdzi, że kandyduje na stanowisko senatora, a to wspomina zdarzenia sprzed trzydziestu lat, twierdząc, że miały one miejsce wczoraj. Ostatnio walnął o 200 milionach w pół godziny. Kogo? Rzekomo zmarłych na Covid-19. Na świecie. Fragment przemówienia Joe Bidena na wiecu w Filadelfii pojawił się... na kanale obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Joe Biden przekonuje, że „prawdopodobnie 200 milionów ludzi zginie, zanim skończy te przemówienie”.W sumie łącznie do sierpnia było w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 200 tysięcy więcej zgonów w stosunku do lat poprzednich. Co można sprawdzić nawet w reżimowym i pandemicznym wujku Google. Wpisując „us death toll compared to last year”. Nawet gdybyśmy zliczyli wszystkie zgony na świecie podane jako efekt koronawirusa i uznali, że zostały one faktycznie są spowodowane koronawirusem, to na świecie zmarłoby do tej pory 958 tysięcy osób, czyli nawet nie jeden milion. A biorąc pod uwagę, że tak naprawdę na Covid zmarło z tego zaledwie sześć procent (takie są amerykańskie dane), a resztę zabiły choroby współtowarzyszące to śmiertelność jest na poziomie 12 tysięcy w Stanach Zjednoczonych i niecałych 60 tysięcy na całym świecie. Cóż dziennie więcej osób umiera na którąś z chorób cywilizacyjnych (nowotwory, cukrzyca, choroby krążenia), niż przez cały okres „pandemiczny” na Covida. Przypomina to też inne bzdury amerykańskich polityków w rodzaju wielkiego ekologa, byłego wiceprezydenta Ala Gora, który w swojej książce napisał, że „W Polsce na Śląsku jest takie zanieczyszczenie powietrza, że dzieci zjeżdżają do kopalni węgla, żeby odetchnąć świeżym powietrzem”.  

Cynizm demokratów level hard

Dlaczego więc Demokraci w ogóle wystawili tego zdemenciałego pierdołę jako kandydata? Otóż wyszło im, że spośród 23 potencjalnych kandydatów w Partii Demokratycznej akurat ten dziadek z Alzhaimerem i tak ma największe szanse na wygranie z Donaldem Trumpem. Poza tym realnym kontrkandydatem mógł być tylko ciężki komunista Bernie Sanders. Niezwykle popularny wśród zindoktrynowanej przez lewackich wykładowców młodzieży. Jego obawia się nawet część Partii Demokratycznej, więc go wycyckali przy nominacji. Pozostali kandydaci byli jeszcze gorsi, czyli niemal jak w polskich wyborach parlamentarnych, czy prezydenckich. Kandydatów nie wiadomo ilu, a nie ma na kogo głosować. Dlatego bez poważnego przekrętu w trakcie wyborów korespondencyjnych raczej Demokraci nie mają co liczyć na wygraną. I na pewno będzie ciekawie.

Piotr Stępień