„Szarlatan” to produkcja czesko-polsko-irlandzko-słowacka, do której scenariusz napisał Czech Marek Epstein. Opowiada dzieje Jana Mikoláška, który w młodości odkrył w sobie dar polegający na tym, że miał czasem przeczucie, kiedy ktoś umrze. W dodatku, kiedy jego siostrze groziła amputacja nogi, udało mu się ją wyleczyć ziołami. Wpływ na to miał fakt, że był synem ogrodnika i dużo wiedział o roślinach. To doprowadziło go do kobiety, pani Mühlbacher, która diagnozowała choroby, patrząc na próbkę moczu pacjenta. Łącząc swoją wiedzę o ziołach, z tym co mu przekazała kobieta, utworzył własną lecznicę, codziennie przyjmując setki pacjentów. W sumie przez jego ręce przeszło wiele tysięcy ludzi, w tym nazista Bormann (szef kancelarii Adolfa Hitlera) i znani komuniści (jak działacz bolszewicki i późniejszy prezydent Antonín Zápotocký). Tyle film. W rzeczywistości poza panią Mühlbacher, wpływ na Mikoláška miał także lekarz i pionier elektroterapii Valentin Zeileis.


W Internecie wiele jest komentarzy, że film zmarnował potencjał tkwiący w prawdziwej historii, przede wszystkim dlatego, że jest powierzchowny. Trudno się z tym nie zgodzić. Idąc na niego, spodziewałem się niejednoznacznej opowieści o człowieku, który dla jednych był szarlatanem, dla innych cudotwórcą. Tak sugerował tytuł filmu i zapowiedzi. Tymczasem Holland nie wgłębia się za bardzo w techniki uzdrawiania przez Mikoláška, nie kwestionuje jego „daru”, nie zestawia go z medycyną, nie zadaje zbyt wielu pytań. Przyjmuje po prostu, że naprawdę uzdrowił tysiące ludzi, natomiast skupia się prawie wyłącznie na charakterze Mikoláška. Pokazuje, że wbrew radom pani Mühlbacher brał za swoje usługi pieniądze, dzięki czemu się dorobił, a przy tym był zazdrosnym, mściwym, psychopatycznym egocentrykiem pochłoniętym swoją misją dla ludzkości. Ignorując wszystkie ostrzeżenia, nie wyjechał z komunistycznego kraju, choć miał takie możliwości, i pod fałszywym zarzutem trafił do więzienia, tracąc swój majątek. Jak sam mówił bowiem: „muszę leczyć”.


Dużą część filmu wypełnia wątek romansu między starszym Mikoláškiem a jego młodszym asystentem. Muszą ukrywać swoją miłość. Nie jest ona idealizowana, bo Holland przyznaje, że zielarz niszczył swojego kochanka i traktował go instrumentalnie. Wątek ten, choć wydawałby się jednak zupełnie poboczny, urasta w drugiej połowie filmu do tego stopnia, że reszta schodzi na dalszy plan. Przy tym reżyserka zupełnie niepotrzebnie pokazuje stosunek seksualny, który odbywają obaj panowie.


W ten sposób film jest w dużej mierze promocją homoseksualizmu, którego zresztą Holland jednocześnie publicznie broniła w swoich wypowiedziach. Absurdalnie stwierdziła choćby: „Mechanizm dzisiejszej nagonki na LGBT jest podobny do tej na Żydów w ubiegłym wieku”. Atakuje też Polskę i Polaków: „Jesteśmy najbardziej homofobicznym krajem w Unii Europejskiej. To jest powrót w najgorszym stylu do stygmatyzowania jakiejś mniejszości, jak w ubiegłym wieku. I czynienie z niej kozła ofiarnego w rozgrywkach politycznych”.


Holland w radiu Tok FM stwierdziła, że w Polsce panuje atmosfera „pogromowa”. Uznała, że rozwija się „antyniemieckość” i „antysemityzm”: „Antyniemieckość, antysemityzm, ale przede wszystkim zasadę „dziel i rządź”, to znaczy, żeby znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego, jakąś mniejszość w społeczeństwie, która jest dla większości społeczeństwa w jakimś sensie kontrowersyjna i łatwo jest zbudować figurę wroga z tej mniejszości”.
Tego typu komentarze pokazują, że nowy film Holland jest kolejną próbą oswojenia ludzi z homoseksualizmem i wszelkimi dewiacjami. „Szarlatan” wydaje się przede wszystkim wynikiem fascynacji odrażającym człowiekiem, który zrobi wszystko, by spełnić swoje chore pragnienia. W ten sposób wpisuje się w tradycję polskiego kina, które przede wszystkim epatuje brzydactwem i zwyrodnieniami.