Już jakiś czas temu zwróciliśmy uwagę, że partia KORWiN – mająca w Konfederacji pięciu z 11 posłów – postanowiła ogłosić, że popiera w pewnym stopniu prawo do mordowania dzieci z przyczyn eugenicznych. W ramach przypomnienia, chodzi o dzieci z ciężkimi chorobami, przez które umrą krótko po narodzeniu. Okres ciąży wówczas partia współtworząca Konfederację zrównała z uporczywą terapią, co z jednej strony jest zwyczajnie obrzydliwe, ale z drugiej wskazuje na prawdopodobne braki w wiedzy o pojęciach medycznych.

Od wczoraj zaś pojawiły się, tym razem ze strony Ruchu Narodowego, nawoływania do cenzury Internetu i mediów społecznościowych przez państwo a nie korporacje. I na tych błędnych postulatach chciałbym się dziś skupić. Autora postulatów – Konrada Smuniewskiego – znam osobiście i nic do niego nie mam. W tym przypadku jednak postulaty i uwagi są niezwykle absurdalne i zaprezentowanego stanowiska obronić się nie da.

Cenzura Internetu – państwowa dobra, korporacyjna zła

Najpierw przytoczmy, co postuluje. - Lewicowa rewolucja nie wymaga czołgów, ponieważ nowa lewica infekuje umysły i dusze. Potrzebują do tego szkół, tradycyjnych mediów i internetu Co my powinniśmy robić? Wyciągać ludzi z systemu. Najlepiej zacząć od promowania nauczania domowego – napisał na Twitterze. I tutaj pełna zgoda. Pomijając fakt, że sam przymus edukacji wedle centralnie ustalanego przez urzędników programu jest idiotyczny, to nauczanie domowe pozwala rodzicom zachować o wiele większy wpływ na wychowanie dziecka. Jednak na podstawie tego postulatu, wychodzi wspomniany błędny postulat.

- Należy ocenzurować internet, to forma zabezpieczenia naszego bezpieczeństwa. Wolność na tym nie ucierpi. Facebooka należy zastąpić państwową stroną. Państwo powinno mieć monopol, jeśli chodzi o zbieranie informacji o obywatelach, a nie konkurować z amerykańskimi korpo – napisał Smuniewski dalej. Cenzura treści przez państwo. Co może pójść nie tak? Dalej również błędnie twierdzi, odnosząc się do wpisu Dobromira Sośnierza z partii KORWiN, iż „prywatne więzienie jest słodsze dla liberała, niż państwowy cukier”.

 

Przede wszystkim błąd polega na tym, że stawia się fałszywą alternatywę: Będące w rękach państwowych medium społecznościowe rzekomo będzie cenzurować tylko to, co złe i fałszywe. Ja w to nie wierzę. Wystarczy spojrzeć na toporność propagandy obecnego rządu. Nie wierzę w to, że – pod pretekstem fałszywych informacji „weryfikowanych” przez „niezależnych weryfikatorów” nie cenzurowano by nadal treści np. w kwestii tzw. pandemii. Poza tym pójdźmy dalej – sondaże jasno wskazują, że Lewica zyskuje. Co będzie cenzurować rząd jawnie przechylony bardziej na lewo? Oczywiście, „skrajnie prawicowe treści”, jak np. informacje o tym, jak wygląda tzw. aborcja, dowody naukowe na to, że człowiekiem jest się od poczęcia, przypomnienie faktu, że WHO określało homoseksualizm jako chorobę czy też w ogóle osoby kojarzone z prawicowymi poglądami. Aby „nie legitymizować jako odpowiedzialnej i mającej do zaproponowania coś więcej poza brunatną wizją państwa, nie popartą doświadczeniem ekonomicznym”, jak to napisał wczoraj niejaki pan Maciej Kopiec z Wiosny Biedronia.

Fałszem jest także, jakoby wolnościowcy popierali obecną cenzurę na Facebooku czy Twitterze. Jasne, wśród niektórych bieda-libertarian panuje taka opinia. Libertarian jest jednak niewielu. Przekonanie to opiera się na błędzie i niezrozumieniu doktryny, która zakłada, że każdy ma prawo do zawierania dowolnych umów. Oczywiście, pozostaje prawo do egzekwowania tejże umowy przez obie strony. Błędnie natomiast niektórzy upraszczają sprawę do tezy, że „przedsiębiorca ma prawo robić co chce”, włącznie z bezkarnym łamaniem własnej umowy. Jest to po prostu błąd.

Wolnościowcy zaś wyraźnie krytykują Fb czy Tt za to, że wykazuje podwójne standardy i – przede wszystkim – łamie swój regulamin, wykorzystując hasła o tzw. mowie nienawiści do ograniczania zasięgów czy też likwidowania kont z przyczyn wyłącznie ideologicznych.

Tak więc w moim przekonaniu teza, jakoby prywatne więzienie było słodsze od państwowego cukru jest zwyczajnie fałszywa i jest bohaterskim zwalczaniem chochoła, którego się samemu stworzyło.

Wolność UCIERPI bez Internetu

Istnienie Internetu oraz możliwość korzystania z mediów społecznościowych – będących współcześnie głównym źródłem wejść na strony – pozwala działać portalom nienależącym do mainstreamu, jak chociażby portal Prawy.pl czy mój portal Kontrrewolucja.net. Bez mediów społecznościowych w ogóle istnieć nie mogłyby media takie, jak Media Narodowe, czy Nczas.com. Jasne, obecnie dotyka je cenzura, która znacznie uderza w ich działalność. Rozwiązaniem jednak nie jest zamiana cenzora, a wymuszenie braku cenzury.

Gdyby nie Internet i dostęp do mediów społecznościowych, Konfederacja – a więc i pięciu posłów Ruchu Narodowego – nie miałoby szans wejść do Sejmu. Nie byłoby możliwości transmisji na szeroką skalę konferencji i przedstawiania postulatów, nie docierałyby informacje o manipulacjach medialnych, a jedyną znaną „społeczną” formacją startującą w wyborach byliby hołowniści i oczywiście osoby związane z takimi „społecznymi” ruchami jak KOD. Informacje partii natomiast docierałyby co najwyżej do jej członków, a i też nie do wszystkich.

Jak wpływać na media społecznościowe?

Interwencja państwa w kwestie mediów społecznościowych nie powinna opierać się na zastąpieniu cenzury korporacji cenzurą państwową. To zastąpienie dżumy cholerą – żadna zmiana, poza spojrzeniem ideologicznym. W warunkach demokratycznych, mielibyśmy co i raz przechylenie, która strona polityczna będzie cenzurowana.

Zamiast tego, państwo mogłoby powołać instytucję do pozywania mediów społecznościowych w imieniu użytkownika w razie złamania umowy, tj. regulaminu serwisu, przez administrację. Tutaj sam użytkownik obecnie nie ma właściwie żadnych szans. Swego czasu Ministerstwo Cyfryzacji powołało podobny projekt, ale realnie poza deklaracjami nic się nie stało. Zresztą patrząc na to, kto to afirmował swoją twarzą, innych oczekiwań mieć nie można było.

Współpraca z dobrą organizacją prawniczą mogłaby sprawić, że z jednej strony prawnie wymuszono by przestrzeganie regulaminu przez administrację, z drugiej państwo mogłoby zarobić, przejmując np. odszkodowanie od giganta społecznościowego. Poza tym gdyby państwu zależało na dobru obywateli, mogłoby zaangażować służby specjalne – oczywiście nieoficjalnie – w szkodzenie serwisom, które krzywdzą obywateli tegoż państwa. To zdaje się być jednak obecnie marzeniem ściętej głowy.

Pamiętać też należy o obecnie mniejszych, rozwijających się serwisach społecznościowych. Sam posiadam konto na Minds.com. Dlaczego? Ano dlatego, że twórcy dali jasny komunikat, że żadnej cenzury tam nie będzie. Wiarygodności dodaje fakt, że twórca, Bill Ottman, był związany z grupą Anonymous i ideologicznie jest zwolennikiem anarchizmu. Ideologia oczywiście błędna, ale w tym przypadku korzystna dla nas - użytkowników. Szefostwo serwisu podkreślało już wielokrotnie, że nie przywiduje żadnej cenzury czy wpływania na algorytm pod kątem prezentowanych idei. Jedyną zaś formą „cenzury” jest samodzielne zablokowanie wyświetlania treści użytkownika przez innego. Tyle. Natomiast każdy może pisać i udostępniać co chce i tworzyć wokół tego swoją społeczność.

Zaletą więc serwisu Minds.com jest to, że każdy może pisać co chce. Wadą jest to samo. Wolę jednak sytuację, w której nie muszę obawiać się o to, że za użycie słowa czy frazy serwis ograniczy mi zasięg lub zlikwiduje konto, jak np. Twitter wciąż urzędującemu prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi.

Podsumowując, walka o zamianę cenzora ideologicznego z korporacji na państwo, zamiast likwidacji samej cenzury wskazuje, że panuje u nas i nadal trzyma się mocno mentalność niewolnicza.

Dominik Cwikła