Hołownia zaczyna od tego, że docenia konsekwencję lewicy w prezentowaniu „wyrazistego stanowiska” w sprawach ochrony środowiska, walki o klimat, troski o prawa zwierząt. Jak pisze: „Odpowiada mi to stanowisko, bo dotyka naszych wspólnych spraw, mówi o kwestiach kluczowych dla wszystkich Polaków, niekoniecznie podzielających lewicowe poglądy. Przekonują mnie lewicowe teksty o prawach pracowniczych i równości praw kobiet. Dogadałbym się z lewicą w kwestii realizacji przez państwo prawa do mieszkania. Poważne traktowanie losu ludzi z problemem bezdomności również byłoby jednym z oczywistych punktów wspólnych. Tych punktów jest zresztą dużo więcej: od stosunku do ruchów miejskich, przez potrzebę decentralizacji urzędów, aż po politykę historyczną wokół Tadeusza Kościuszki”.

List przesycony jest nowomową polityczną w rodzaju stwierdzeń o konieczności dialogu, szukaniu tego, co łączy, a nie tego, co dzieli. Styl przypomina trochę Bronisława Komorowskiego i jego infantylne hasło „zgoda buduje”. Hołownia zwraca w nim uwagę, że po 1989 r. nie było prawdziwie lewicowych rządów, bo nawet środowiska postkomunistyczne, czasy rządów SLD, były przyjmowaniem w gospodarce wielu elementów liberalnych. Hołownia zauważa: „Nawet ich antyklerykalizm często bywał fasadowy i na pokaz. To nie zarzut, raczej proste stwierdzenie faktów”. Można się z tym zgodzić, ale kandydat na prezydenta stwierdza to dlatego, że chce zaproponować lewicy szeroki sojusz i budowanie wizji państwa „inspirowanej wrażliwością lewicy”.

Mówiąc inaczej: do tej pory środowiska postkomunistyczne nie prezentowały prawdziwie lewicowej myśli, czerpiąc m.in. z dorobku liberałów gospodarczych i dogadując się z Kościołem. Czas z tym skończyć, co oznacza zwrot w jednym i drugim obszarze. Teraz trzeba budować państwo w myśl wskazań lewicy i to zarówno jeśli chodzi o gospodarkę otwartą na socjal, jak i o odniesienie do Kościoła, w którym antyklerykalizm powinien być prawdziwy i wiarygodny.

Dalej następuje zresztą znamienny zwrot: „To się z pewnością zmieni. Nie tylko dlatego, że duża część młodego pokolenia, dzisiejszych nastolatków ma bardzo wyraziste przekonania antyklerykalne, często także egalitarne, stanowiące wyraźny kontrast wobec wieloletniej dominacji zwolenników pewnego starszego pana z muszką. Wiem, że z nimi – podobnie jak z tą częścią lewicy, która jest nastawiona bardzo krytycznie wobec religii – przyjdzie mi się spierać. Ale kluczem do sprawy jest oddzielanie tego, z czym rzeczywiście się nie zgadzam, od tego, co w tych poglądach jest słuszne. Czasami warto się wycofać i uznać rację oponentów. Skończyć z obyczajem polityki głuchej i ślepej na wszystko”.

Rozkładając zaprezentowany tu tok myślenia na czynniki pierwsze zauważamy następujące rozumowanie: 1) Postkomuniści prezentowali tylko fasadowo myśl lewicową i antyklerykalną; 2) To się zmieni, bo młodzi są wrogo nastawieni do Kościoła; 3) Hołownia będzie się spierać z tymi, którzy są „bardzo krytyczni wobec religii”; 4) Ale będzie potrafił dostrzec to, co „słuszne” w tych poglądach i uznać to; 5) będzie to wyraz nowej polityki, która jest otwarta, wsłuchuje się w to, co ją otacza.

Kiedy się nad tym zastanowić, Hołownia prezentuje podejście do polityki takie samo, jak krytykowane przez niego SLD. Postkomuniści nie byli liberałami gospodarczymi i ludźmi wierzącymi, ale wprowadzali rozwiązania liberalne i dogadywali się z Kościołem, bo takie były nastroje społeczne, naciski państw zachodnich, myślenie m.in. młodzieży. Można powiedzieć, że byli „politykami otwartymi”, którzy „patrzyli i słuchali”. Byli po prostu konformistami i populistami.

Z tych samych pozycji można rozpatrywać zwrot Hołowni z pozycji katolickich na lewicowe: zmieniła się atmosfera, Zachód chce od nas czegoś innego, młodzież też jest inna. Tak więc, jak wcześniej postkomuniści przemawiali nieraz głosem liberalnym i katolickim, tak teraz katolik przemówi głosem lewicowym i antyklerykalnym.

Jak przekonywał Hołownia: „Chciałbym z ludźmi lewicy zawrzeć koalicję w sprawach, które są dla nas równie ważne. Chciałbym w sprawach, które nie muszą być przedmiotem konfliktu, poszukiwać kompromisów. A w tych, o które będziemy się kłócić zawsze – nakreślić ramy politycznego sporu, uznać wspólne reguły i respektować wyniki ich stosowania”.

Dodał też: „lewica jest potrzebna, bo stanowi naturalny czynnik równowagi. Bo reprezentuje poglądy znaczącej części obywateli, bo zwraca uwagę na sprawy, o których powinniśmy pamiętać”. Słowa te przypominają bardzo argumentację Lecha Wałęsy, który twierdził, że musi umacniać lewą nogę. Tak uzasadniał, dlaczego choć był „prawicowy” i „katolicki”, nie dążył do rozliczenia z postkomunistami, a wręcz przeciwnie – umacniał ich wpływy.

Na sam koniec Hołownia podsumował: „Lewica to nie mój obóz, nie moja tradycja i nie moje przekonania. Ale lewicowa wrażliwość to coś, co w wielu sprawach jest mi bliskie. I choć nie moje – to polskiemu państwu i polskiej polityce z pewnością bardzo potrzebne”.

W całym liście Hołownia przekonuje, że ma bardzo wiele poglądów zbieżnych z lewicą, że chce z nimi współpracować, umacniać to środowisko, że wierzy w lewicowe państwo, że do tej pory nie było lewicowych rządów i czas na nie, że czas porzucić w końcu liberalne elementy w polityce gospodarczej i przywrócić prawdziwy antyklerykalizm. Po wygłoszeniu tych wszystkich stwierdzeń, kandydat na prezydenta oświadcza, że sam nie jest lewicowcem, nie ma takich przekonań, ani nie wywodzi się z tego środowiska.

Brzmi to pokrętnie i schizofrenicznie, ale niestety wpisuje się w politykę uprawianą przez polskich prezydentów po 1989 r. Nikt nie zrobił tak wiele dla postkomunistów jak Wałęsa, który twierdzi, że w pojedynkę obalił komunizm. Z kolei Bronisław Komorowski popierał poglądy sprzeczne z nauczaniem Kościoła katolickiego, jak in vitro, a jednocześnie przyjmował Komunię świętą i przekonywał, że jest katolikiem. W to myślenie wpisuje się Hołownia, który w odróżnieniu od Wałęsy jest „przeciw, a nawet za”. Metoda się nie zmienia, droga pozostaje ta sama, a zmienia się najwyżej kierunek, w którym się podąża. Jeśli przyjąć jednak, że wciąż poruszamy się po kole, nie ma to żadnego znaczenia.

Tego typu sprzeczne deklaracje wydają się mieć na celu tylko jedno: pozyskanie lewicy przy jednoczesnym nie traceniu katolickich i umiarkowanych wyborców. Hołownia przyznaje jednak, że takie stanie w rozkroku może trwać tylko do wygrania wyborów, a kiedy to nastąpi, zacząłby realizować lewicową agendę i tworzyć prawdziwie lewicowe, żeby nie powiedzieć lewackie, państwo.