Joe Biden unika, jak może spotykania się z dziennikarzami. Rządzi głównie za pomocą dekretów i rozporządzeń. Dlatego „Washington Post” zastanawia się nad jego polityczną „odpowiedzialnością”. Podczas kampanii wyborczej, Biden obiecywał, że jego polityka ma być bardziej przejrzysta - bez żadnych tajemnic, niedomowień - niż jego poprzedników. Teraz Biden milczy, a jego występy są starannie wyreżyserowane. 11 marca wygłosił pierwsze transmitowane w telewizji przemówienie. W ten sposób uczcił pierwszą rocznicę wprowadzenia związanych z pandemią restrykcji i swój 50. dzień w Białym Domu. Wydawał się być w świetnej formie, ale po 20 minutach, gdy zakończył przemówienie, opuścił scenę i nie odpowiadał na pytania dziennikarzy. Dominic Green wicenaczelny amerykańskiego wydania „The Spectator” uważa, że to był „rzadki moment jasności” prezydenta, który zazwyczaj czyta z promptera lub z kartki, które jego sztab mu przygotował. Ale i tak potrafi zaliczyć gafy, z których od dawna słynie. Pod koniec lutego, Biden był z wizytą w Teksasie z powodu walki ze skutkami rekordowej burzy śnieżnej. Wówczas zdezorientowany pytał się – Co ja tutaj robię? Gdy wymieniał miejscowych notabli, mylił ich imiona i nazwiska. A w końcu stwierdził, że „zaraz się pogubi”.

Ma on opinię, że zawsze szybciej mówił niż myślał. W dzieciństwie się jąkał, a w stresujących sytuacjach ta wada może dać o sobie znać. Niektórzy republikanie dali mu przydomek „Dementia Joe”. A specjalny profil o takiej nazwie na Twitterze zbiera wszystkie jego gafy. A niestety jest ich niemało. 6 marca Biden przekonywał Amerykanów, że przegłosowana w Senacie ustawa covidowa to ponadpartyjny konsensus. W rzeczywistości żaden przedstawiciel republikanów ani w Senacie ani w Izbie Reprezentantów na nią nie głosował. 8 marca podczas przemówienia, prezydent zapomniał nazwy Departamentu Obrony oraz nazwiska nowo mianowanego człowieka, który nim zarządza. „Dziękuję sekretarzowi… byłemu generałowi… Ciągle nazywam go generałem… Mojemu… mojemu… facetowi, który kieruje tym urzędem” – plątał się zdesperowany.

Coraz częściej mówi się, że Ameryką rządzi nie Biden, ale Nancy Pelosi czy wiceprezydent Kamala Harris. Jego otoczenie nie wierzy, że jest on w stanie przetrzymać godzinną konferencję prasową bez jakiś gaf. Pat Robertson założyciel The Christian Broadcasting Network uważa, że „jest już tylko kwestią czasu, aż demokraci uruchomią 25 poprawkę do amerykańskiej konstytucji”. Została ona wprowadzona po zabójstwie Johna Kennedy`ego i dotyczy procedury sukcesji głównego amerykańskiego urzędu, gdy dotychczasowy prezydent nie może pełnić dalej swojej funkcji. Robertson zwraca uwagę również na list, który 22 lutego grupa 31 demokratycznych kongresmenów wysłała do prezydenta. Chcą, aby oddał on uprawnienia do samodzielnego uruchomienia arsenału nuklearnego. Proponują, aby była to wspólna decyzja prezydenta, wiceprezydenta i spikera Izby Reprezentantów. Republikanie od razu odrzucili taką możliwość, bo kładłoby to cień na urząd amerykańskiego prezydenta w przyszłości. „Chodzi tu o coś więcej niż jednego człowieka. Chodzi o urząd prezydenta, nawet jeśli obecnie mówimy o śpiącym Joem” – stwierdza Matt Gaetz republikański kongresmen z Florydy.

Oczywiście liberalne media mówią, że pogłoski o dziwnym zachowaniu prezydenta są ”złośliwe i pozbawione podstaw”. „Trump za dużo mówił, w sposób nieprzemyślany, niekontrolowany. Biden jest bardziej wstrzemięźliwy, a to przekłada się na nową, lepszą jakość jego prezydentury”. Demencja czy bardziej ostrożny styl rządzenia, zastanawiają się Amerykanie. I nadal pozostaje otwarte pytanie, czy Joe Biden, który w amerykańskiej polityce spędził prawie pół wieku i zawsze miał skłonność do popełniania gaf, jest obecnie w takiej samej formie, jak pięć lat temu, a nawet rok temu.

Jedno jest pewne, że Amerykanie będą się od niego domagali innej polityki, otwartej bardziej na bezpośrednie kontakty z obywatelami. Na łamach „The Daily Telegraph" Dominic Green tak pisze: „Wcześniej czy później Biden popełni poważną gafę. A demokraci, którzy awansowali niezdolnego do rządzenia kandydata na najwyższe stanowisko w Ameryce, oraz media, które starały się go chronić, w końcu będą musiały przyznać, że nie dopełniły obowiązków wobec narodu amerykańskiego. Zaufanie ludzi do instytucji demokratycznych jeszcze zmaleje. A my, wszyscy, będziemy uczestniczyć w publicznym upokorzeniu Bidena”.

Iwona Galińska