Media katolickie zachwycają się, że 84-letni papież potrafi „być sobą” i „spontanicznie” działać. Czy jednak granie w „piłkarzyki” można uznać za jakikolwiek wyznacznik bycia kimkolwiek? I co to za spontaniczność, skoro „piłkarzyki” musiały być już wcześniej dostarczone do auli generalnej (nie stoją tam cały czas i nie czekają na pragnienie papieża, by w nie zagrać), a wszystko musiało być dogadane z otoczeniem papieża i z dziennikarzami, którzy akurat byli na miejscu, by złapać dobry kadr? Nie miałoby to zresztą tak wielkiego znaczenia, gdyby nie reakcja mediów katolickich, pełna zachwytów. Niech sobie gra Franciszek w „piłkarzyki”, ale robienie z tego ważnego newsa jest zupełnym nieporozumieniem.

Płonąca Katedra Notre Dame jest najlepszym opisem współczesnego Kościoła. Kościół dzisiejszy płonie – laicyzuje się coraz szybciej, traci na znaczeniu, staje w ostrym ogniu krytyki ze wszystkich stron: z powodu pedofilii, nadużyć seksualnych, afer finansowych w Watykanie. W USA wyszło na jaw, że wielu księży, w tym kilkudziesięciu w samym Watykanie, korzystało z aplikacji dla gejów, a w Kanadzie kościoły są podpalane z powodu odkrycia masowych grobów dzieci przy szkołach dla Indian prowadzonych często przez Kościół. Czy w tym czasie oczekujemy od papieża, aby się śmiał, grał w „piłkarzyki”, był spontaniczny? Czy media katolickie nie powinny raczej wytężać uwagi, aby śledzić, co papież robi by temu wszystkiemu przeciwdziałać?

Doszliśmy do takiego poziomu skretynienia, że podziwiamy, iż papież też jest człowiekiem i cieszymy się jak dzieci, że potrafi się bawić. Przy następnym papieżu będziemy zachwycać się, że korzysta z basenu, obserwując jak kolejne kościoły są zamieniane na meczety?

Wyobraźmy sobie te informacje.

Kolejni chrześcijanie giną z rąk islamistów.

Papież poszedł na spacer.

Fala apostazji dotyka krajów tradycyjnie katolickich.

Papież słucha Whitney Houston.

Ostatni kraj zalegalizował aborcję.

Papież skoczył ze spadochronem.

Niestety, to wszystko jest skutkiem robienia z papieża idola, które rozpoczęło się z Janem Pawłem II (pamiętamy jego odśpiewane „Pater noster” na liście przebojów), zostało przystopowane przez Benedykta XVI („jestem tylko skromnym pracownikiem Winnicy Pańskiej”), a spotęgowało się za Franciszka. „Dzień dobry”, zamiast „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, biała sutanna zamiast szat kapłańskich, zamieszkanie w domu św. Marty to wszystko nieistotne sprawy, które odciągają uwagę od tego, co najważniejsze.

Ta papolatria nie służy Kościołowi, bo nawet jeśli ktoś w ten sposób do Kościoła trafi, to odejdzie, kiedy następny papież okaże się nie lubić „piłkarzyków”, okaże się „ponurakiem”, a nie „człowiekiem”, mówiąc coś tam o aborcji, zamiast przybijać piątki z muzułmanami.

Żyjemy w czasach erozji przywództwa, kiedy Kościołem i największym imperium, jakim było USA, rządzą ludzie nieodpowiedzialni, zapatrzeni w siebie, z narastającymi oznakami starczej demencji. Nie jest powiedziane, czy ostatnie decyzje Franciszka dotyczące niszczenia Mszy trydenckiej są tak naprawdę jego decyzjami. Możliwe, że już rozpoczął się proces, który zaczął się pod koniec pontyfikatu Jana Pawła II, kiedy schorowany Papież Polak podpisywał to, co podali mu moderniści i wrogowie Kościoła.

Ostatnio Antonio Socci stwierdził, że niedługo Franciszek poda się do dymisji. Takich zapowiedzi było kilka, ale dziennikarz ten przewidział też abdykację Benedykta, czy też wiedział o niej zawczasu. Niektórzy twierdzą, że Franciszek czeka na śmierć swojego poprzednika, bo trzech papieży to dla Kurii Rzymskiej za wiele. Czy jednak abdykacja ta nie przyniesie nam Franciszka 2.0 i jeszcze większy chaos? Wiele na to wskazuje, ale jako człowiek wierzący, wierzę, że to Duch Święty inspiruje wybór papieża. Inną sprawą, że ludzie mogą zignorować jego głos, a mafia z Sankt Gallen może znowu pokazać swoje możliwości.