Izrael nie potwierdził zarzutów. Abu Akleh pracowała dla Al-Dżaziry od 1997 roku. Wedle stacji "została zabita z zimną krwią".

Inny dziennikarz, Ali Samudi, został ranny, ale jego życiu nie zagraża bezpieczeństwo - podało palestyńskie ministerstwo zdrowia - pisze polsatnews.pl.

Samudi przekazał, że wraz z grupą reporterów, w tym z Abu Akleh, znajdował się nieopodal obozu w Dżeninie, gdy doszło do tragedii. Wszyscy mieli na sobie hełmy i kamizelki z oznaczeniami dziennikarskimi. W grupę miała zostać "bezpośrednio wycelowana broń sił okupacyjnych".
 

Dziennikarka pracowała dla Al-Dżaziry od 1997 roku. Wedle stacji "została zabita z zimną krwią", co stanowi "okrutną zbrodnię łamiącą prawo międzynarodowe".

Jak przekazuje "Jerusalem Post", rzecznik Izraelskich Sił Zbrojnych Ran Kohaw nie wierzy, że to Izraelczycy zabili dziennikarkę, więc zaoferowano przeprowadzenie wspólnego śledztwa z Palestyńczykami. Jeśli śmierci dziennikarki winni są izraelscy żołnierze, to wezmą na siebie odpowiedzialność - poinformował Kohaw.

Tom Nides, ambasador USA w Izraelu, potwierdził, że Shirin Abu Akleh była obywatelką amerykańską i wezwał do "dokładnego zbadania okoliczności jej śmierci", ponieważ palestyńscy i izraelscy urzędnicy przedstawili sprzeczne relacje na temat tego, co stało się z doświadczoną reporterką, poinformował w środę portal Axios.