„Sojusz” polsko-ukraiński w oczach innych to komedia

0
0
0
/

sojusz_polsko_ukrainskiPolityka wschodnia wobec byłych republik sowieckich, z cyklu „Polacy nic się nie stało” jest tyleż przezabawna - co tragiczna. Co obserwując ją mają o Polsce myśleć Czesi, Węgrzy, Słowacy, Rumuni i inni oczekujący polskiej inicjatywy w niespokojnych dla Europy czasach?

Nasz kraj, którego politycy mają ambicję uczynienia go rzeczywistym liderem Europu Środkowo-Wschodniej wykazuje się dość chwiejnym prowadzeniem polityki wschodniej. Polityki, która wydaje się być kluczem do bycia przez Polskę jakimkolwiek podmiotem na arenie międzynarodowej. Nie chodzi tu bynajmniej o symulację bycia liderem regionu, której projekcję fundowały nam Niemcy, a która polegała de facto na byciu najgrzeczniejszym chomikiem w akwarium. Bez ambicji, bez możliwości wyjścia, lecz jedynie oczekującym na kolbę ziarna i grzecznie biegającym w kółeczku.

Stałym elementem tej symulacji było takie sugerowanie polskiego postępowania wobec wschodnich sąsiadów, które zadowoliłoby Niemcy (lub inne kraje zachodu) i zabezpieczyło gwarancję realizacji ich interesów z Rosją - ponad głowami Polski (przeciwrosyjska retoryka wydaje się tu metodą nie celem). Bowiem w oczekiwaniu obu tych mocarstw Polska najchętniej stanowiłaby zabawkę, której panel sterujący wyrywają sobie niczym dzieci,do momentu kiedy zabawka się zepsuje lub stanie się zbędna. Trudno bowiem podejrzewać, że dla któregokolwiek z tych państw i nie tylko - kraj nasz stanowił równorzędnego partnera. To wbrew, zarówno mrzonkom środowisk rusofilskich, głęboko przeżywających wyrażenia typu „sojusz Słowian”, jak i okołokodziarskich, które podkładają się z kolei Niemcom, dla „jednej wspólnej Europy”.

Ideologie zbiorcze są narzędziami w ręku podmiotów najsilniejszych, które mają w zwyczaju powodowanie wiary, że kraj mniejszy robi coś równie ważnego, doniosłego, bo większy pragnie jego sukcesu (nota bene często przeistaczają się w totalitaryzm, o ile już nim nie są). Oczywiście wszystko, co robi jest podporządkowane scenariuszowi większego brata, który wie, że więksi mają ambicje pisać scenariusze i je reżyserować, zaś reszta jest obsadą, a konkretnie aktorami różnej jakości. I oto liderem regionu miała być Polska, której nieomal każdy polski polityk musi się pokłonić Ukrainie i zadeklarować potrzebę jej niezbędnego istnienia dla warunkowego istnienia Polski (Sic!). Epatowano tu hasłem: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”. Wolnej Polsce wolna i rzeczywiście demokratyczna oraz cywilizowana Ukraina się przyda, ale by jej istnienie deklarować głośno jako determinantę własnej egzystencji? Przecież to dyplomatyczne zawalenie negocjacji wobec próby załatwienia własnych interesów i własnej polityki.

W ten sposób nigdy się nic nie załatwi, skoro w zawoalowanej formie deklaruje się własną zależność od istnienia i powodzenia drugiej strony negocjacji. A jest to nic innego niż pewna forma hołdu lennego. Zresztą nakaz jakiejkolwiek przyjaźni (tu z Ukrainą) jako taki zaiste przypomina o istnieniu jakiegoś większego brata. Przecież w takim wypadku Ukraińcy i to już nawet niekoniecznie neobanderowski motłoch wiedzą dokładnie, gdzie są nasze granice dyplomatycznej licytacji i poniżej czego nie zejdziemy. To czyste ideologiczne szaleństwo, omyłkowo tylko nazywane dyplomacją. W wypadku większości krajów, a zwłaszcza krajów mało cywilizowanych do jakich czołówki w skali europejskiej należy Ukraina: prezentowana większa uległość wyjdzie zawsze naprzeciw proporcjonalnie większej bezczelności.

Co mogą myśleć o tym inni?

Dla krajów, które nas obserwują, a mają ambicję prowadzić swoją politykę przy ścisłej współpracy z Polską, a może nawet pod jej przewodnictwem - opisane kwestie są raczej oczywiste. Państwa takie jak Węgry, Czechy, Słowacja, Rumunia są skłonne zaufać Polsce, ze względu na altruizm Polaków, nasze tradycje „Za naszą wolność i waszą”, ale wiedzą, że ten altruizm nie może przekroczyć granicy politycznej głupoty i mrzonek. Byłoby to bowiem niebezpieczne także dla ich samych. Dlatego żenująca musi być obserwacja przez nie naszych stosunków z państwem ukraińskim, kiedy pozwalamy, by przeistoczyło się ono w krwawego nazistowskiego Cerbera na obcym łańcuchu. Polityczne monstrum, którego obywatele, mają czcić - takie europejskie ISIS, jakim de facto była OUN-UPA.

Fatalne wnioski musi przynosić obserwacja, że ani uwięzienie polskich parlamentarzystów w hotelu, ani nawet bicie polskich dyplomatów nie powoduje odpowiedniej reakcji Polski, a samo państwo ukraińskie się tym nie przejmuje. Jeszcze gorzej gdy zestawi się to z licznymi prowokacjami ukraińskich nacjonalistów podczas marszu w Przemyślu. Tam zerwanie koszulki w kolorach morderców polskich kobiet i dzieci spowodowało czysto stalinowską „samokrytykę” za innych i niemal czołobitne reakcje. Ten kontrast, obserwowany z zewnątrz na nieszczęście w relacjach polsko-ukraińskich (czy może raczej polsko-neobanderowskich) nie jest jedynym. Pojawianie się coraz częstszych sugestii terytorialnych żądań od strony ukraińskiej nie tylko nie jest przez tamtejszy rząd tamowane, lecz braku takiej reakcji oczekuje się również od rządu polskiego.

Co innego oczywiście, gdy np. na ulicach Warszawy pojawi się na plakacie historyczna mapa II RP (z Lwowem i Wilnem w polskich granicach) w ramach Biegu Niepodległości, wtedy to najgorszej maści lewicowe, liberalne lub postkomusze towarzycho rozdziera usłużnie swoje szaty. Jednak aby nie było - usłużnie milczy także pewna znana część prawicy, która po bolszewicku lubi stygmatyzować innych oraz „drukować” i „sprzedawać” certyfikaty patriotyzmu (ceną jest uległość i również usłużność, które zdaje się już stanowić dla nich nieomal jednostkę monetarną). I otóż wspomniane terytorialne żądania ze strony nacjonalistów ukraińskich, sugerujące lub wprost mówiące, że jednak Chełm czy Przemyśl może by im się należał idą w parze z dość unikalnymi oczekiwaniami z tamtej strony. Jakkolwiek by to nie brzmiało stanowią parę z oczekiwaniami, by ich uzbrajać. Można by pomyśleć: „Cóż to idioci!”, ale rzeczywistość pokazuje, że to wśród nas pojawiają się więksi idioci i po prostu chcą na to iść.

Dla nas Polaków, którzy przy Polsce chcą stać do ostatnich swoich chwil, wygląda to mdło, a jak wygląda wobec ludzi, czy sojuszników z zagranicy, których teoretycznie mamy przyciągnąć? Oczywiście, za Platformy Obywatelskiej było gorzej, gdyż ta sama choroba nie dotyczyła tylko wschodu. Wydaje się, iż rysowane przez jej rząd sojusze i europejskie koncepcje obrony Polski kończyły się na myśli, że przecież to oczywiste, iż „łamagi” trzeba bronić. Bo „łamaga”, „ciota” czy też „frajer” lub po prostu „lokalny idiota” zawsze będzie usłużny. A można spokojnie powiedzieć, że dokładnie taka, a nie inna polityka – posługując się sformułowaniem prof. Pawła Wieczorkiewicza - „od strony czterech liter” była przeważnie przez poprzedni rząd prowadzona. Niestety, pomimo pozytywnych zmian trudno odnieść wrażenie, iż ta polityka wszędzie i na każdym froncie została zarzucona.

Wystarczy tu posługiwanie się przykładem ukraińskim (choć można by było zająć się także litewskim). Nie przeszkadza wielu ludziom publicznym nieustanne zakłamywanie przez ukraińskich nacjonalistów historii swojej i innych, czasami w sposób tragiczny, czasami przekomiczny. Uderza ono zazwyczaj w Polskę, a jej liderzy jako tako nadal chcą się przyjaźnić, często bez uwag, a jeśli nawet je mają - otaczają je zawsze umizgami. Jakżeż to słabo wygląda, jakżeż one śmiesznie i tragicznie muszą być widoczne z zewnątrz. Czymś oczywistym jest wmawianie nam, że nasi bohaterowie to Ukraińcy, wmawianie Polakom, że byli okupantami swojego własnego terytorium, że byli kolonizatorami na ziemi będącej częścią ich własnego państwa (Sic!). Tego jest tyle, że już niemal nikt nie reaguje, ale nie reagował też, gdy było tego mniej. Nie reagują ci sami, którzy marszczą groźnie brwi przy każdym niemieckim kłamstwie o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Czy polska dyplomacja zareagowała w jakikolwiek sposób na wynurzenia ukraińskiego ambasadora Andrija Deszczycy po uchwaleniu przez polski sejm uchwały (nie było woli politycznej, aby była to ustawa) dotyczącej pamięci o Ludowóbjstwie Wołyńsko-Małopolskim po 11 lipca (przed nie było woli politycznej)? Oczywiście nie i efektem tego było powstanie w Werhownej Radzie odpowiedniego projektu, który oskarża o ludobójstwo nasz kraj. To chyba jeden z najbardziej jaskrawych aktów politycznych, który powinien spowodować adekwatną reakcję, ale czy spowodował? Nie. Na arenie międzynarodowej, ustami ukraińskiego ambasadora (nie ma znaczenia, że jest to z poglądów neobanderowiec) padło oskarżenie naszego kraju o ludobójstwo, a następnie powtórzono to wewnątrz Ukrainy. Ktoś nas oczernił, obrzucił nas dyplomatycznie łajnem, odfruwając od rzeczywistości, a my nic - dosłownie!

Kiepsko to wyglądało i miało fatalne konsekwencje PRowe, gdy Niemcy przywędrowali do nas, zorganizowali obozy śmierci, a następnie zaczęli nas o nie oskarżać. Reakcje za rządów PO były co najmniej niemrawe. Za rządów PiS to się zmienia, ale ta sama partia (która stwierdziła w lipcu jakie są fakty w odniesieniu do banderowskich morderców), pomimo że to OUN-UPA nam zorganizowała ludobójstwo milczy, gdy sprawcy lub ich pogrobowcy również odwracają kota ogonem, lub najmniej jak Niemcy pragną dzielić się winą. Gdzie tu różnica? Różnica jest taka, że państwo ukraińskie, niezależnie od tego jakie by nie było (o zgrozo) to zawsze nasi odgórnie deklarowani „przyjaciele” i „warunek naszego istnienia”.

Pomóżcie Panie, my „biedne” ludzie

Dla piewców polsko-neobandeowskiej przyjaźni nie ma kompletnie znaczenia kultywowanie morderców Polaków i zmuszanie ich samych do akceptacji tego faktu. Jeśli nie rusza ich sumienie wobec własnego narodu, to niech może pomyślą sobie, jakie wrażenie musi to wywoływać na zewnątrz. Czy uległość w każdym wypadku jest przejawem dojrzałości? Jednak wystarczy, że ta uległość wobec „przyjaciół” choć na moment odrobinę się zmniejszy (bo przecież nie przestanie istnieć), by otrzymać od strony neobanderowców (czyli neonazistów) publiczne zarzuty. To zarzuty rażącego polskiego nacjonalizmu - skierowane jako odwet za stonowane odpowiedzi na bezczelność ukraińskich nacjonalistów. Bowiem uważają oni, że polskim obowiązkiem (obowiązkiem kogoś publicznie aspirującego do roli regionalnego lidera?) jest milczenie na niewygodne dla nich tematy, czy samooszukiwanie siebie.

Czy komuś może przyjdzie do głowy, że ci ideologicznie upośledzeni ludzie w ten sposób nas ośmieszają, że po prostu szkodzą naszej opinii? Co jeszcze robią wobec nas ci wspaniali neobanderowscy przyjaciele? Otóż z jednej strony dowodzą, że Rosja, naprzeciw której stoją, jest kontynuacją imperium sowieckiego, a z drugiej wykorzystują kalki sowieckiej propagandy, jakoby ukraiński biedny chłop ulegał uciskowi „narodowemu” (Sic!) nie pańszczyźnianemu ze strony „polskiego pana”. Jest jednak i strona trzecia, sami chcą być spadkobiercami i kontynuatorami innych, znacznie bardziej okrutnych zresztą zbrodniarzy. I tu im wolno! Przy tym wszystkim chętnie pochłoną każdą ilość pomocy, z którą nie tylko nie wiadomo co się dzieje, ale i za którą na próżno by oczekiwać wdzięczności. Uważają to za nic szczególnego, lecz za polski obowiązek. Głoszą iż jest to polski interes, toteż łaski nie robimy, oni wręcz robią ją bardziej – przyjmując pomoc.

Pewnym standardem jest tu zgrywanie biedaczków, podczas gdy kumulacja kapitału u oligarchów pozwala im na inwestycje, na jakie nie stać polskich bogaczy. Dość by nie wspomnieć, że będąc biednymi, kręcą o UPA takie dokumenty, na nakręcenie których o skądinąd bardziej godnej tego AK Polaków po prostu nie stać. Jako pierwsi nakręcili film o walkach o Lwów w 1918 roku, zresztą o jakości takiej, o jakiej polskie kino mogłoby pomarzyć. Tymczasem my bardzo ekscytujemy się jednym filmem „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, który się jeszcze nie pojawił. Jednak nikt nie powie, że nacjonaliści ukraińscy mają już wiele gotowych fabularnych produkcji filmowych traktujących o OUN-UPA i oczywiście fałszujących historię. Kto tu zatem ma przewagę i kto komu musi pomagać? Ukraińcy, owszem są narodem biednym i zwykłych ludzi powinno być żal. Jednakowoż wobec tych zarażonych nacjonalizmem i butą nie dziwi obrzydzenie coraz większej części polskiego społeczeństwa.

Jednak ta sama bieda, czy te niedobory frontowe ukraińskiego wojska spowodowane są rozkradaniem ukraińskiego majątku przez złodziei na stołkach. Dlaczego by Polska miała dopłacać własne pieniądze na niedobory - czasami rzeczywiście budzące żal - podczas gdy ukraińskie pieniądze które by mogły je uzupełnić są rozkradane przez - na poły legalną mafię? Jednocześnie między polskimi dyplomatami, a wieloma tymi złodziejami obowiązują stosunki dyplomatyczne. Po co utrwalać ten mechanizm? Do legendy przeszły interesy fabryk prezydenta Poroszenki z Rosjanami, podczas gdy on sam, lub jego ludzie zachęcali zwykłych obywateli do ryzykowania życia w walce z prorosyjskimi separatystami, czy wręcz z rosyjską agresją. Przecież ci ludzie są jednymi z najbardziej zepsutych na świecie.

Nie reprezentują Ukraińców, pomagają rozpleniać wśród nich nacjonalizm, ale tylko jako haczyk, za który można zwykłych obywateli przywiesić we „właściwe”, oczekiwane przez siebie miejsce. Bo nacjonalizm, szczególnie w nazistowskim wydaniu ukraińskim, nie wymaga godnego życia człowieka i jego rodziny za godne pieniądze. Najczęściej zakłada poniżenie jego godności, czy wręcz moralności dla oczekiwania jakiejś szowinistycznej satysfakcji. A ta jest tania. Nie trzeba się zbytnio dzielić pieniędzmi, które ci złodzieje - posługujący się na Ukrainie nacjonalizmem - kradną. Łatwiej jest wydać jednorazowe pieniądze w mniejszej skali, na któryś z setek banderowskich pomników, niż np. rozwiązać problemy starszych Ukraińców w kwestii systemu zdrowotnego. Bo gdyby poświęcić je na co innego - nie można by ich ukraść. Jeśli by ktoś z Ukraińców upomniał się o prawa swoich pobratymców, to cóż mafia jest mafią. Tym gorszą, jeśli z przyprawioną maską neobanderowską, bo ta - do zła dodaje ideologię - niby to dla celów wyższych.

Brak oporu w tym układzie ze strony Ukraińców, którzy tylko chcą przeżyć nie mógłby dziwić. Oszukani po Pomarańczowych Rewolucjach, Majdanach czy pomniejszych ruchawkach mają prawo być zmęczeni. Jednak nabieranie się na te bzdury przez niektórych polskich polityków jest po prostu grzechem. Ukraińcy są przez tych złodziei wypychani do Polski - do pracy, a my Polacy skądś to znamy. Jednak na tym nie koniec, bo chcą tych oszukanych Ukraińców złapać w pułapkę antypolskiego nacjonalizmu, by wykorzystać ich dla swoich interesów po raz wtóry. Tym razem w Polsce. A na to my - we własnych granicach nie powinniśmy pozwolić. Nie może być tu odpowiednika terrorystów islamskich, tyle że opartych na innej ideologii. Nie wszyscy z krajów naszej części Europy są na to tak ślepi, przy czym brakowi ślepoty towarzyszy często oskarżanie o prorosyjskość. Oskarżanie przez te same środowiska, które stały przy Poroszence na Skwerze Wołyńskim, tym samym Poroszence, który podczas gdy jego rodacy ginęli na froncie - robił interesy z Rosjanami.

Nie róbmy z siebie głupców, bo głupcowi nikt nic i nigdy na poważnie nie powierzy. Chcemy być ciągle adwokatem Ukrainy i to adwokatem takiej rozkradanej i przepoczwarzanej w neobanderowską? Naprawdę? To bycie adwokatem Ukrainy za darmo, więc raczej obrońcą z urzędu. Tylko, do czego bycie takim obrońcom z urzędu Polskę upoważnia? Czyżby do akceptacji nieustannego skakania po polskiej głowie, czy może plucia w twarz? A może zaaprobowania wychowywania ukraińskiej młodzieży w ideałach UPA, a więc i w roszczeniowej postawie wobec Polski (która to młodzież nie mogąc znaleźć pracy na Ukrainie najprawdopodobniej trafi do naszego kraju)? Najzabawniejsze jest to, że Ukraińców można jeszcze w dobrym kierunku ukształtować i tego boją się – ci, którzy ich banderyzują. To jest ostatni moment. Inaczej zmodyfikujemy w historii pojęcie „Cud domu brandenburskiego”. Będziemy świadkami swoistego „Cudu domu banderowskiego”, a to jak się można po nauce historii spodziewać nie wyjdzie Polsce na zdrowie.

Aleksander Szycht

Źródło: prawy.pl

Sonda
Wczytywanie sondy...
Polecane
Wczytywanie komentarzy...
Przejdź na stronę główną