Z zagranicy

Katolicki ksiądz poddany represjom jak za komuny!

ks_pelechatyj2Aż trudno uwierzyć, ale czas dla niektórych się cofnął. Władze niszczą duchownego katolickiego za ewangeliczne zachowanie wierności wobec prawdy. Nie w Afryce, nie w liberalnej Zachodniej Europie, nie na Bliskim Wschodzie, lecz na Ukrainie – gdzie chrześcijaństwo dominuje.

Ks. Ihor Pełehatyj, duchowny greckokatolicki jest szykanowany tylko dlatego, że wydał unikalną książkę napisaną przez błogosławionego kościoła greckokatolickiego biskupa stanisławowskiego Grzegorza Chomyszyna. Gdzież więc tkwi sekret oburzenia władz, zarówno świeckich jak i duchownych na Ukrainie? Otóż błogosławiony Grzegorz Chomyszyn poddawał twardej krytyce bezbożność ukraińskiego nacjonalizmu, który jest obecnie na Ukrainie przyjmowany jako ideologia państwowa. Mało tego, ale sam kościół greckokatolicki u naszych wschodnich sąsiadów został właściwie zaprzęgnięty – wyłącznie do roli uwiarygadniającej ukraiński nacjonalizm. Otwarcie wspiera negacjonizm wobec zbrodni ludobójstwa, które tenże nacjonalizm (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i jej zbrojne ramię Ukraińska Powstańcza Armia) wyjątkowo krwawo zrealizował.

Problem dla świeckich władz oraz hierarchów wyższego duchowieństwa katolickiego (z których nieomal wszyscy są posłuszni pogrobowcom sprawców) stanowi fakt, że 135 tys. zamordowanych polskich kobiet, dzieci czy starców (i nie tylko) nie znika z publicznej wokandy. To dlatego zaciekle atakowany jest film „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, któremu usilnie na Ukrainie (a nawet poprzez posłusznych popleczników w Polsce) zainteresowane środowiska usiłują odebrać historyczną wiarygodność. To karkołomne zadanie. Obraz bowiem został zrealizowany nieomal z dokumentalną precyzją, skonsultowany ze wszystkimi najlepszymi specjalistami, a minimalne potknięcia scenariusza są bez znaczenia. Do tego stopnia, iż praktycznie w sposób mistrzowski produkcja ta oddaje rzeczywistość. Następną bombą, którą nacjonaliści ukraińscy usiłują rozbroić, by ratować swoją zbrodniczą ideologię zbudował jak widać greckokatolicki ksiądz – w postaci jednej ukraińskiej książki (!).

Została ona uznana za „zagrożenie” dla państwa, do tego stopnia, że jest ona wykupowana, bądź rekwirowana (ostatni nakład w wydawnictwie) i jak informują księża rzymskokatoliccy masowo palona (Sic!). W pierwszym etapie w szybkim tempie wykupywali ją wierni, niczym pomarańcze za komuny. Choć lepszym porównaniem jest książka W. Szcześniaka i W. Szoty „Droga donikąd”, równie krytyczna wobec UPA, a konfiskowana usłużnie przez służby Polski Ludowej na żądanie ambasady sowieckiej w latach 70-tych. Jeszcze jednak lepszym zestawianiem, niż z totalitaryzmem sowieckim – będzie to z nazizmem. To bowiem już nie sprawa porównania, lecz fakt, iż ideologia OUN-UPA wdrażana na Ukrainie jest radykalną wersją nazizmu. Jedyną jej formą obrony przed niewygodnymi faktami, wychodzącymi zza pazuchy jej wyznawców jest wykorzystanie rzeczywistego niestety faktu działalności służb rosyjskich.

Zarzuty współpracy z nimi formułowane są masowo i często jak w piekarni. Ich słuszność lub nie nie ma tu żadnego znaczenia – to wojna propagandowa. Każdy zaś niewygodnie opisywany fakt określa się natychmiast jako „wojnę hybrydową” Rosji. Efekt jest jedynie w teorii zaskakujący. Jeśli bowiem Rosja rozpocznie rzeczywiście taką ofensywę, ludzie zmęczeni tą propagandą nie będą jej w stanie odróżnić. Istnienie zaś radykalnego, brunatnego nazizmu (zwanego w Rosji uparcie „faszyzmem”) jest wspaniałą wiadomością dla rosyjskiej machiny propagandowej i pretekstem do realizacji celów. Dlatego tylko w teorii może to zaskakiwać. Bowiem nacjonaliści ukraińscy oskarżający wszystkich o duchowy sowietyzm (tak i twórców wydania „Dwóch Światów”), bądź działania na korzyść współczesnej Rosji – wykonują dla niej w praktyce robotę. Tak jak uczyniła to ich ukochana OUN-UPA dokonując rzezi, gdy było wiadomo, iż Niemcy znikną z okupowanego terytorium pod naporem sowietów. Wszak wiadomo, iż sowieci Polaków wywozili, bądź mordowali, a chcieli by to terytorium należało do ukraińskiej SRR. W związku z powyższym to prosta zasada okrzyku „łapać złodzieja”.

I to z jej powodu ks. Ihor Pełehaty stał się ofiarą jego ciężkiej i uczciwej pracy tracąc swoje wydawnictwo po ponad dwudziestu latach jego prowadzenia. Zostało ono, używając słów z jego listu, który pod spodem drukujemy w całości, „bandycko” przejęte. Sam rękopis książki był ukrywany przez tych duchownych greckokatolickich, którzy wiedzieli, że banderyzująca hierarchia wyższa może zdecydować o jego zniszczeniu. To dobra wiadomość, pozwala bowiem mieć nadzieję, iż kościół greckokatolicki tak bardzo przez zbrodniczy nacjonalizm pochłonięty, całkiem jeszcze nie zginął. Atak na ludzi, którzy doprowadzili do wydania książki błogosławionego bp. Chomyszyna odbywa się dwutorowo. Z jednej strony od czci i wiary odsądza się osoby, które doprowadziły do wydania unikalnego tekstu po ukraińsku. Z drugiej atakuje się samą książkę błogosławionego. Przy czym krytykanci, dość kuriozalnie z jednej strony atakują samo wydanie: czy aby cały tekst jest prawdziwy, oryginalny – czy rzeczywiście napisał go Grzegorz Chomyszyn. Z drugiej „profilaktycznie” atakują już samego błogosławionego (Sic!).

A dzieje się tak nie tylko z powodu braku akceptacji błogosławionego dla bezbożnej działalności OUN. Spod jego pióra wyszła korespondencja z metropolitą Andrzejem Szeptyckim, którego zbanderyzowany kościół greckokatolicki oraz sami nacjonaliści, usiłują przepchnąć do beatyfikacji. Jednak postawa metropolity wobec nacjonalistów ukraińskich, początkowo im się jeszcze niepoddająca, z czasem osłabła i w miejsce Ewangelii wybrał on Ukrainę. I to niestety Ukrainę w postaci, o którą walczyli członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Ten ostatni powyższy okres miał miejsce w czasie wojny, kiedy to Szeptycki nie wykazał wystarczającej determinacji, by ratować Polaków mordowanych przez OUN-UPA. Rozszerzanie bowiem wiadomości o ich masowym mordowaniu mogło zaszkodzić sprawie ukraińskiej. Skądś to znamy? Tak od „naszych” polityków, którzy mierzą się już z ich trupami. Tyle że wspomnianych polityków nikt nie zamierza beatyfikować, a takie próby zostałyby uznane za czyste szaleństwo. Skoro zaś o szaleństwie mowa, to beatyfikacja Szeptyckiego, człowieka chwiejnego, który na to nie zasługuje, ma być tylko wyciorem przepychającym beatyfikację ojca Stepana Bandery. To nie żart, lecz jesteśmy świadkami rozpędzającego się na Ukrainie szaleństwa.

Jeśli komuś nie wystarczyło: uczczenie przez parlament Romana Szuchewycza (głównodowodzącego UPA i wykonawcę ludobójstwa na polskiej ludności cywilnej), lub Petra Diaczenki (kata Powstania Warszawskiego), tolerancji kultu Oskara Dirlewangera w ukraińskich oddziałach (jeszcze bardziej znanego kata Powstania Warszawskiego), masowe grzebanie ukraińskich esesmanów z honorami i salwą honorową oddaną przez młodych ludzi w mundurach SS, cytowanie autora „ukraińskiego Mein Kampf”, czyli „Nacjonalizmu” Doncowa przez prezydenta Petra Poroszenkę, liczne stanowiska w rękach zwolenników sprawców banderowskich zbrodni, lub ich bezpośrednich potomków, krytyka filmu „Wołyń” przez jednego z czołowych ukraińskich literatów Jurija Andruchowycza (pomimo, iż go nie oglądał) pod tytułem „Poj….e pojednanie”, powiedzenie przez kolejnego czołowego literata Tarasa Prochaśkę, iż zbrodnia na polskiej ludności cywilnej była „państwowotwórczą” koniecznością, nazwanie tej samej zbrodni przez nagradzaną w Polsce ukraińską literatkę Oksanę Zabużko „wielkim świniobiciem” (To sama góra intelektualistów, znów nie ma tu żartów) – temu nie wystarczą palone książki i represje na księżach.

Każde stwierdzenie, iż na Ukrainie rozlewa się trucizna autentycznego nazizmu będzie określane jako „rosyjska propaganda”, „wojna hybrydowa”, etc. I zabawne jest to, że prędzej europejscy liberałowie i rodzime sprzedawczyki będą się dopatrywać „faszyzmu” w rządach PiS, Marszu Niepodległości, aktywności klubu Kukiz’15, niż zobaczą, że za wschodnią granicą cokolwiek się pali. Zresztą represje na księdzu to nie powód do otrzeźwienia, lecz nominacji do jakiejś europejskiej statuetki, dajmy na to za tępienie „mowy nienawiści”. Przez ćwierć wieku kierował wydawnictwem „Nowa Zorza”, tylko po to, by po publikacji jednej książki obnażającej fałsz rzeczywistości, stracić wszystko. Aż za bardzo przypomina to praktyki państw totalitarnych. Jednak nawet w państwach totalitarnych kościół tak łatwo nie ulegał, musiał być tępiony przez niesamowite represje. Tu władza duchowna idzie ręka w rękę z władzą świecką.

Czołowe miejsce w tych prześladowaniach pełni wyższy duchowny, a konkretnie metropolita Wołodymyr Wijtyszyn. Ten absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przy okazji odbierania dyplomu doktorskiego złożył przysięgę służenia prawdzie. Skutkować to powinno natychmiastowym odebraniem tytułu doktora – bowiem inaczej może się zamienić w kłopot – podobny do nadania doktoratu honoris causa Wiktorowi Juszczence. W atakach i oskarżeniach Polaków o sfałszowanie dokumentu (Sic!) przoduje także Ihor Skoczylas prorektor Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie… Gdyby nie fakt, że opisywana sytuacja jest tragiczna, choćby dlatego, iż życie ks. Ihora Pełechatyja jest zagrożone, jedna rzecz bawiłaby niewspółmiernie. Cały ten worek „polsko-ukraińskiej” przyjaźni w wydaniu pilotowanym przez ukraińskich nacjonalistów tak bardzo i szybko wypełnia się fałszem, iż wielu miejscach zaczyna pękać i rozsypywać się po kątach.

Tymczasem ekipy sprzątające, zwane konserwatorami powierzchni płaskich, które są w Polsce zwykłymi sprzedawczykami, będą usiłowały wszystko wytłumaczyć rosyjską propagandą. Nie zdziwi mnie, jeśli nazwą tak nawet propagowanie informacji o represjach dokonywanych na katolickim księdzu. Ba, greckokatolickim. Stolica Apostolska nie zareagowała na razie w sposób skuteczny. Wydaje się, że zbanderyzowany kościół greckokatolicki może – jeśli nie stosować na Watykan naciski – „jak nie spełnicie naszych żądań to dokonamy secesji” – to przynajmniej je sugerować. Jednak dla swej czystości Watykan nie może pozwolić na rozkwitanie nazizmu na swojej wschodniej flance i musi brać pod uwagę, iż to jemu samemu ostatecznie zaszkodzi. Dość dobitnie i jaskrawo pokazuje się tutaj również jedna kwestia. Zarówno ukraińscy nacjonaliści, jak i ich poplecznicy w Polsce, którzy świętym Janem Pawłem II, przy każdej najmniejszej okazji wycierają sobie gębę – atakują błogosławionego, którego do tej godności wyniósł. Zabawne, doprawdy zabawne, lecz w swej istocie jednak tragiczne, czego tylko dowodzi cytowany przez nas, przetłumaczony z ukraińskiego, a wyważony list ks. Ihora Pełechatyja.

List otwarty dotyczący książki „Dwa królestwa” Hryhorija Chomyszyna

do Wielce Błogosławionego Światosława Szewczuka, Najwyższego Arcybiskupa UGKC,
Jego Ekscelencji Mieczysława Mokrzyckiego, Metropolity Lwowskiego RKC,
Jego Ekscelencji Arcybiskupa Claudio Hudzherottiego, nuncjusza apostolskiego na Ukrainie

 

Chwała Jezusowi Chrystusowi! [Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus!]

 

Do zwrócenia się do Waszych Ekscelencji z listem otwartym, Najprzewielebniejsi, zmusza mnie ta, delikatnie mówiąc, niezdrowa ekscytacja, spowodowana pojawieniem się książki „Dwa Królestwa” Błogosławionego kapłana – męczennika Hryhorija Chomyszyna, biskupa stanisławowskiego (1867-1945).

Szczególnie godny ubolewania jest fakt, że ekscytacja nabiera charakteru złowrogiej kampanii propagandowej rodem z czasów totalitarnych i pochodzi ze środowiska Ukraińskiego Katolickiego Uniwersytetu, który pozycjonuje siebie w charakterze poważnej instytucji naukowej. Zamiast dokładnie przeanalizować „Dwa królestwa” jako bezcenny dokument historyczny, który wypełnia luki w naszej cerkiewnej historii XX wieku, naukowcy UKU, jak się wydaje, postawili sobie za cel za wszelką cenę udowodnić, że rzekomo ja, jako współredaktor książki, całkowicie ją sfałszowałem.

Jakby tego było mało, prorektor UKU Ihor Skoczylas w obszernym wywiadzie dla „Radia Swoboda” 21 października [2016] stara się przekonać słuchaczy, że poprzez pojawienie się tej książki, dzięki wysiłkom centrum „Ukrainicum” przy Lubelskim Uniwersytecie Katolickim, „w Polsce uruchamiany jest mechanizm dyskryminacji Metropolity UGKC Andreja Szeptyckiego”. To, że jestem oczerniany ja, zwykły ksiądz katolicki, że jestem oskarżany o różne wydumane przestępstwa i bez żadnego sądu ogłaszany zbrodniarzem, można jeszcze tolerować: bo kimże jestem w oczach elit naukowych UKU? Ale poprzez stwierdzenia oskarżające Katolicki Uniwersytet Lubelski o manipulację i sfałszowanie książki, a nawet o podżeganie do nienawiści etnicznej i religijnej – pan I. Skoczylas wkracza w niebezpieczną przestrzeń międzynarodowego skandalu.

 

To właśnie sam prorektor UKU dopuścił się jawnych manipulacji, wprowadzając w błąd słuchaczy i mówiąc, że autor książki biskup Hryhorij Chomyszyn rzekomo oczernia postać Metropolity Andreja Szeptyckiego. Jest to jawna nieprawda, ponieważ błogosławiony Hryhorij w ogóle nie porusza kwestii osobowości Sługi Bożego Andreja, lecz prowadzi z nim bardzo wyważoną dyskusję, w oparciu o argumenty wykazując, ze swojego punktu widzenia, fałszywość i brak perspektyw wielu stanowisk i poczynań Metropolity. W rzeczywistości właśnie to stało się głównym źródłem rozdrażnienia pana Skoczylasa i jego licznych kolegów, a także w środowisku współczesnej hierarchii UGKC.


Taka niezdrowa reakcją na wnioski biskupa Chomyszyna świadczą o chorobie stereotypowego myślenia współczesnego społeczeństwa ukraińskiego i jej przewodniej warstwy – inteligencji, która polega na nadmiernej gloryfikacji i idealizacji niektórych postaci historycznych: wszystko, cokolwiek by oni nie robili – było genialne, a ich oponenci – to szkodnicy i wrogowie. Ale takie błędne podejście do wyjaśniania procesu historycznego prowadzi do deformacji naszej przeszłości, do kreowania fałszywych ideałów.

 

Po ukazaniu się książki „Dwa Królestwa” jesteśmy zmuszeniu przyznać, że Grecko-Katolicka Cerkiew w Galicji pierwszej połowy XX wieku była nie tylko Cerkwią Metropolity Szeptyckiego, ale także Cerkwią stanisławowskiego biskupa Hryhorija Chomyszyna i przemyskiego biskupa Jozafata Kocyłowskiego, którzy w nie mniejszym stopniu przyczynili się do jej pozytywnego rozwoju, a władyka Chomyszyn swoją gorliwą pracą apostolską w diecezji stanisławowskiej w wielu dziedzinach nawet znacznie wyprzedził duchowe osiągnięcia lwowskiej archidiecezji. I dlatego, z wyżyn swego ponad 40-letniego doświadczenia biskupiego, miał prawo i obowiązek, jak sam pisze, poddać analizie działalność Metropolity Andreja, co uczynił w swojej książce „Dwa Królestwa”. Przy tym w podsumowaniu biskup Hryhorij bardzo etycznie zauważa, że nie pretenduje do monopolu na prawdę, choć bierze odpowiedzialność za prawdziwość faktów, które podaje w książce, i na koniec poddaje pracę pod osąd historii i przyszłych pokoleń Ukraińców. A więc może warto, aby współcześni ukraińscy historycy nauczyli się tej sztuki prowadzenia debaty, której naucza nas w swej książce władyka Chomyszyn.

Jednym głosem z panem Skoczylasem w niedawnym wywiadzie telewizyjnym w programie „Otwarta Cerkiew. Dialogi” wypowiedziała się Liliana Hentosz, uważana z autorytet w tej dziedzinie badaczka życia i działalności Sługi Bożego Metropolity Andreja Szeptyckiego. Także ona bezapelacyjnie poddała w wątpliwość autentyczność dokumentu-rękopisu błogosławionego Hryhorija, ale jednocześnie stwierdziła, że mimo to uznaje fakt jego istnienia, ponieważ przekonywała widzów, że biskup Chomyszyn napisał swoją pracę w pośpiechu, w stanie psycho-emocjonalnego napięcia i w afekcie, niedwuznacznie dając do zrozumienia, że mogło to się dokonać pod wpływem… sowieckich służb specjalnych. Wielka szkoda, że pani Hentosz jednak bardzo nieuważnie zapoznała się z książką „Dwa Królestwa”, ponieważ w podsumowującym rozdziale „Moje usprawiedliwienie” biskup Hryhorij stwierdza, że pisze swoją pracę w czasie II wojny światowej, jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Galicji w 1944 roku, i że nigdy nie ulegał presji, bez względu na jej źródło, lecz zawsze szedł w ślady Chrystusa, stał po stronie prawdy Bożej i mężnie bronił praw swojej Cerkwi i ludu.

Wielka szkoda, że wspomniani wyżej krytycy książki „Dwa Królestwa” i ich zwolennicy nie dostrzegli albo nie chcieli zrozumieć największej wartości wydania: jego otwartości i uczciwości, obecności w nim ogromnej ilości faktów i wydarzeń, dotychczas nieznanych nauce historycznej, jak również proroczych wniosków i przewidywań błogosławionego Hryhorija, które już się spełniły (na przykład 20-letnia kampania oczyszczania greckokatolickiego obrządku z tzw. latynizmów i pełnego ujednolicania z obrządkiem moskiewsko-synodalnym, przeprowadzona przez Gabriela Kostelnyka i Cyryla Korolewskiego wraz ze zwolennikami, prowadzącymi do zniszczenia Cerkwi greckokatolickiej na lwowskim pseudo-synodzie w 1946 r.) oraz spełniają się w chwili obecnej (wierzymy, że wprowadzony 100 lat temu nowy kalendarz cerkiewny władyki Chomyszyna wreszcie stanie się rzeczywistością w życiu współczesnej UGKC na Ukrainie).

Wreszcie książkę „Dwa Królestwa” można porównać do analizy rentgenowskiej, do skanowania w formacie 3D, sytuacji społeczno-religijnej w Galicji, Polsce, Europie i Watykanie w pierwszej połowie XX wieku. Władyka Hryhorij nie pominął żadnego wydarzenia, zjawiska lub faktu w życiu jego Cerkwi i narodu, które poruszyły jego duszpasterskie serce i na które starał się odpowiedzialnie zareagować. Rękopis „Dwóch Królestw” został napisany przez autora w spokojnej i wyważonej tonacji, delikatnie i rozważnie, ale jednocześnie – ze zdecydowanymi i jednoznacznymi wnioskami, co było typowe dla prostolinijnego i szczerego charakteru biskupa Chomyszyna. I ten styl wzbudza pełne zaufanie do napisanego tekstu. Dlatego wielka szkoda, że nie chcą tego przyznać współcześni krytycy książki, wybierając najłatwiejsze, ale fałszywe z naukowego punktu widzenia stanowisko – zaprzeczenie wszystkiemu.

Podsumowując to, co zostało powiedziane powyżej, należy skonstatować przykrą sytuację i rozczarowujące tendencje we współczesnej ukraińskiej nauce historycznej, w szczególności na przykładzie jej stosunku do pojawienia się drukiem dokumentu historycznego – książki „Dwa Królestwa”. Tak więc, nawet nie okazując chęci zapoznania się z oryginałem rękopisu, wspomniani powyżej historycy i ich zwolennicy bezpodstawnie i kategorycznie oskarżają redaktorów o fałszerstwo. We współczesnym świecie naukowym, gdzie podstawą każdego badania naukowego jest autentyczna baza źródłowa, niezależnie od tego, czy ona się komuś podoba czy nie, takie totalitarne podejście do oceny dokumentu historycznego jest niedopuszczalne. Podobny autorytarny styl oceny badań naukowych panował chyba tylko w czasach stalinowskiego prokuratora Wyszyńskiego, kiedy głównym argumentem oskarżenia była fraza „nie czytałem, ale oskarżam…”
* * *

3 listopada w polskim Lublinie odbyła się prezentacja książki „Dwa Królestwa”, którą otworzyło słowo wstępne pana wojewody dr hab. Przemysława Czarnka, który do chwili wyboru na to wysokie stanowisko państwowe był profesorem KUL. Analizując książkę urzędnik [doktor habilitowany nauk prawnych, nauczyciel akademicki] szczególnie podkreślił, że opublikowana praca „Błogosławionego Biskupa Hryhorija Chomyszyna stanie się podstawą do popularyzacji jego myśli i nauki oraz doskonałą platformę porozumienia i pojednania między naszymi narodami”. Podczas prezentacji biskup Marian Buczek poinformował, że rękopis książki „Dwa Królestwa” Biskupa Chomyszyna pod koniec czerwca tego roku został zdeponowany w archiwum poważnego historycznego czasopisma „Nasza Przeszłość” w Krakowie, jego autentyczność została potwierdzona przez ekspertów i każdy z zainteresowanych badaczy może się z nim zapoznać w obecność depozytariusza.


Najprzewielebniejsi Biskupi! Mam szczerą nadzieję, że uciążliwa i niezdrowa sytuacja, która zaistniała wraz z pojawieniem się książki „Dwa Królestwa”, i zaplanowany proces sądowy nade mną, jako współredaktorem wydania, w oparciu o powyższe „argumenty” specjalistów UKU, nie umknie Waszej uwadze i nie dopuścicie do tego, aby we współczesnej UGKC dokonała się restauracja średniowiecznych metod walki z „odmiennością poglądów”, kiedy niewinnych osądzano kierując się nienawiścią i ślepa zemstą, a książki palono na stosach. Zwłaszcza gdy chodzi o bezcenny dokument historyczny cieszącego się w swoim czasie i nadal wielkim autorytetem biskupa, a obecnie Błogosławionego kapłana-męczennika Kościoła Katolickiego Hryhorija Chomyszyna, beatyfikowanego przez Świętego Papieża Jana Pawła II.

Z poważaniem – o. Ihor Pełehatyj,
zwolniony z pracy za udział w przygotowaniu publikacji książkowej „Dwa Królestwa” , eksdyrektor i główny redaktor wydawnictwa „Nowa Zoria”, którego działalność w chwili obecnej jest w rzeczywistości zawieszona i sparaliżowana przez faktyczne bandyckie wrogie przejęcie.

Jeżeli podobają Ci się materiały publicystów portalu Prawy.pl wesprzyj budowę Europejskiego Centrum Pomocy Rodzinie im. św. Jana Pawła II poprzez dokonanie wpłaty na konto Fundacji SOS Obrony Poczętego Życia: 32 1140 1010 0000 4777 8600 1001. Pomóż leczyć ciężko chore dzieci.

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

19 komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najpopularniejsze

Góra