Pewnego listopadowego dzionka minister kultury, wgłębiwszy się w słownik określeń publicznie używanych przez totalsów stwierdził, iż uprawiają oni propagandę podobną do goebbelsowskiej. Ot, walnął chłop,co miał na wątrobie. No i zaczęło się! Runęła Niagara oburzenia.Organ „oburzalsów”, którego ważność już się przeterminowała,kwiknął potężnym głosem, że jak on śmiał, jak on mógł! Potem starym swoim zwyczajem pognali do mediów światowych ażeby głosić wszem i wobec omoralnej deprawacji profesora ministra. Ba, nie zapomnieli przy tak szczęśliwie nadarzającej się okazji walnąć weń pałką antysemityzmu, choć w jego wypowiedzi - tej i innych - z lupą darmo by szukać czegoś podobnego. Pałka to wypróbowana; nie bierze pod uwagę dowodów, iż jest inaczej niźli chce tego gazetowy guru. Tym sposobem skądinąd spokojny, a nawet ślamazarny minister stał się antysemitą tygodnia. Weźmy więc na tapetę słowa ministra i zerknijmy za wstydliwą zasłonę owej propagandy, tak paskudnie przez niego nazwanej. Wstydliwą, bo też pewne używane w tej propagandzie określenia powinny nieść właśnie odczucie wstydu. Jak choćby te z okresu okołowyborczego, kiedy szef totalnych,zazdroszcząc innym siły oraz skali porównań,wezwał w płomiennym uniesieniu by: strząsnąć ze zdrowego drzewa pisowską szarańczę!

Co to ma jednak wspólnego ze wstydem i niemiecką propagandą? Ano to, że warto uważać co się klepie, bo analogie krążą.Jak chociażby taka z okresu wojny. Himmler, szef SS zjawił się w Mińsku, gdzie właśnie rozstrzelano 120 jeńców. Chwaląc żołnierzy plutonu egzekucyjnego wygłosił do nich mowę, w której porównał zamordowanych nieszczęśników do robactwa, szczurów i innych groźnych szkodników, przed którymi trzeba się bronić, tępiąc je bez litości. Szarańcza jest groźnym szkodnikiem, jak dotąd sądzono. A może i nie…

Otóż znany moralizator prof. Hartmann, gdy słowa szefa totalnych spotkały się z krytyką polityków z różnych opcji oraz setek internautów pojął, iż trzeba błyskawicznie zareagować. W długim wywodzie wytłumaczył więc ciemnej masie, iż szarańcza to stworzonko nie takie znowu złe. Czytając ów wywód prawie łkałam i nagle poczułam ochotę, żeby tę wspaniałą szarańczę wręcz miłośnie przytulić i nawet zaśpiewać jej do snu. A może wezwanie totalszefa było w rzeczywistości zakamuflowanym komplementem, zaś propozycja strząsania robactwa chęcią otoczenia go własną, czułą opieką. I traf tu, mizerna głowo, za tak mądrymi umysłami. Że porównanie do mowy z Mińska? Cóż, analogie - jak widzimy - krążą, i warto na nie uważać.

Śledząc rozmaite słowa uznawane za przejaw antyszarańczej propagandy, natknęłam się na spokojne, wyważone wypowiedzi byłego ważnego, prof. Rzeplińskiego.Pan profesor, twierdzący, iż jego telefon jest zapewne na podsłuchu, nie wpadł tu na proste rozwiązanie. Podsłuchują, ponieważ chcą wykraść pomysły, wiedząc, że jego słowotwórcza pasja nie ma sobie równych. Oddaje wszystko, co w duszy gra. Nikt jak on nie rzekł o stanowionym teraz prawie, iż jest to „obelżywe i oburzające” zaś Marsz w Dniu Niepodległości to przykład „parszywienia państwa”. Ha! Państwo w ogóle „karleje” bo zmniejsza się jego rola w rodzinie narodów europejskich. Subtelne delikatne zwroty, wszak pozycja społeczna poniekąd obliguje do zachowania kultury. Inaczej, niż w przypadku tejże kultury ministra, który wali z grubej rury, nie oglądając się na wrażliwość krytykowanych.

Jest rozwiązanie! Ministra i całą szarańczę na Księżyc, a sędziemu pomnik! Nareszcie zapanuje ład - i propaganda będzie jak trzeba.Wykuwano jej podwaliny już od roku 1945. Bo co by nie mówić, doświadczenie - ważna rzecz.