Oba te wstępne zbiorki poezji młodziutki Leszek Józef Serafinowicz podpisał pseudonimem Jan Lechoń. I tak będzie zawsze. Pod tym pseudonimem zdobędzie uznanie i sławę. Ale nim to się zdarzy Leszek Serafinowicz ma jeszcze przed sobą maturę i studia na filologii polskiej UW,  których jednak nie ukończył. Już wtedy wchodzi w krąg ówczesnych poetów, staje się współtwórcą głośnej grupy poetyckiej Skamander i pomysłodawcą jej nazwy.


        Pochodząc z patriotycznej szlacheckiej rodziny nie oddaje się wyłącznie bujaniu w obłokach poezji. Jest zaangażowanym w rzeczywistość wiernym obywatelem Niepodległej. W czasie wojny polsko – bolszewickiej 1920 roku pracuje w Biurze Prasowym Wodza Naczelnego J. Piłsudskiego, jest świadkiem zmagań Rzeczypospolitej z czerwonym wrogiem ze Wschodu.


        Nim przekroczy próg sławy, dręczą go stany depresyjne i wielka niepewność własnego talentu, co będzie mu towarzyszyć całe życie, nawet wówczas gdy wydany w 1921 r. tomik „Karmazynowy poemat” spotka się z entuzjastycznym przyjęciem. Ta nadwrażliwość, jak też kiepsko ulokowane uczucie, doprowadzają w marcu tegoż roku do próby samobójczej. Po dłuższym leczeniu szpitalnym i sanatoryjnym staje na nogi, bierze się do działania. W latach 1926-29 redaguje pismo satyryczne „Cyrulik Warszawski”. Zauroczony poezją Słowackiego aktywnie uczestniczy w sprowadzeniu w 1927 r. prochów wieszcza na Wawel; pełni wartę przy trumnie poety. Pisze coraz więcej. W uznaniu jego twórczości Polska Akademia Literatury przyznaje mu w 1935 r. Złoty Wawrzyn Akademicki.


       Rok 1930 zastaje go w Paryżu; pełni tu do 1939 r. funkcję attaché kulturalnego przy ambasadzie RP.  Wybucha II wojna. Polskę, a po niej Francję zalewają niemieckie hordy. Jan Lechoń udaje się do Brazylii, gdzie przebywa także dobry znajomy z Warszawy, Julian Tuwim. Stąd przenosi się do Nowego Jorku. W tym mieście pozostanie już do końca życia.


      Ten stan odosobnienia na obcej ziemi owocuje dużą, nie tylko twórczą, pracowitością. Lechoń nawiązuje żywe kontakty z Polonią, jest współzałożycielem Polskiego Instytutu Nauk i Sztuk, pisze do londyńskich „Wiadomości”. Powstają wspaniałe utwory: tom poetycki „Lutnia po Bekwarku” wydany w 1942 r., przejmująca „Pieśń o Stefanie Starzyńskim”, „Na śmierć Conrada”, „Włosy Słowackiego”, kolejny tom poetycki „Aria z kurantem”. Opiewa w nich wieki chwały wielkiej Rzeczypospolitej. Jest wśród wierszy i piękna modlitwa maryjna „Matka Boska Częstochowska”.


       Kiedy staje się oczywiste, że powojenna Polska została oddana w niewolę Sowietom, w wierszu „Rejtan”, parafrazując mickiewiczowską „Redutę Ordona” pisze z goryczą: „Dziś, kiedy na świat cały grzmią moskiewskie spiże, gdy niejedno poselstwo stopy w Moskwie liże…” I dalej: „Oklask dla przemocy brzmi na wszystkie strony... Utwory te są w PRL zakazane przez cenzurę.


       Poeta coraz gorzej znosi rozłąkę z krajem. Dochodzą do tego niesnaski w środowisku Polaków w USA. Nęka go samotność i nawrót depresji. 8 czerwca 1956 r. staje na 12 piętrze hotelu Hudson i skacze w dół.
      Dopiero po latach szczątki Leszka Serafinowicza, wybitnego poety, patrioty i antykomunisty wrócić mogą do Polski. Stanie się to w 1991 r. Spocznie na cmentarzu w podwarszawskich Laskach, obok swej matki i ojca.


      Pamięć o Janie Lechoniu jest nadal niewspółmiernie mała. Można mieć tylko nadzieję, że kiedyś znów stanie się tak podziwiany, jak na to zasłużył.