– Nie udało się go uratować. Musiałem pochować swojego siostrzeńca. Mój 35-letni siostrzeniec radnego trafił do przychodni lekarskiej, uskarżając się na bóle w okolicy klatki piersiowej i złe samopoczucie. Po przeprowadzeniu badania EKG, mężczyzna został natychmiast skierowany do szpitala. Karetką trafił na izbę przyjęć szpitala w Wodzisławiu Śląskim ok. godziny 13. W trakcie pobytu na izbie przyjęć kilka razy zrobiono mu EKG, pobierano krew. I ciągle leżał na tej izbie. Ok. godziny 17 lub 18 zadecydowano, mając informację, że mają tam dwa wolne miejsca, że trzeba go przewieźć do Rydułtów. Niestety, nie stało się tak. Zajeżdża pogotowie do Rydułtów. I został poinformowany, że nie ma miejsca. Co dalej? Z powrotem do Wodzisławia. W Wodzisławiu dalej zastanawiano się, co robić. Zadecydowano, żeby zadzwonić do Raciborza. Czekano, aż z Raciborza przyjedzie pogotowie, aby go zabrać. Do szpitala w Raciborzu przyjechał ok. godziny 22.30. Tam w ciągu pół godziny trafił pod opiekę lekarską. - Był "podpięty", na sali. Niestety o godzinie 2 w nocy lekarz zadzwonił, że nie żyje. Była reanimacja. Niestety się nie udała. Mój bliski zmarł. Osierocił dwuletnie dziecko. Niedawno słyszeliśmy o głośnej sprawie w sosnowieckim szpitalu - dziewięć godzin pacjent czekał na pomoc. Myśmy pobili ten niechlubny rekord. Prawie 11 godzin. Taka sytuacja może spotkać każdego z nas. Co się dzieje w tym Wodzisławiu? Ze smutkiem i żalem chcę prosić pana starostę, a szczególnie członka zarządu odpowiedzialnego za ten szpital, o wyjaśnienie sprawy

– mówi o śmierci swojego krewnego radny powiatowy Prawa i Sprawiedliwości Alojzy Szymiczek.