Istniał tu cieszący się wielką popularnością zakład leczniczy założony i prowadzony niemalże

pół wieku (1891-1939) przez wyżej wspomnianego lekarza. Aby pojąć ów fenomen, garść faktów z historii. Tej kresowej, bliskiej wielu sercom. Miasteczko Kosów ( siedziba powiatu kosowskiego w woj. stanisławowskim), o którym pierwsze wzmianki pochodzą już z początków XV stulecia, leży na południu Pokucia, kiedyś w „rożku” pomiędzy Czechami, Węgrami oraz Rumunią. Obmywa je Rybnica, w niektórych porach roku zmieniająca się w rwącą, niemal górską groźną rzekę. Jej nurt przecina otaczające Kosów wzgórza i gęste lasy. Przyroda jest tu dla ludzi łaskawa. Trudno się więc dziwić, że jej walory zaczęły przyciągać złaknionych odpoczynku i dobrego powietrza.

Miał też Kosów inne, poza przyrodą, ciekawe oblicze. Z przyczyny położenia na granicy kilku krajów zamieszkiwały go różne nacje. To one nadawały miastu swoisty koloryt. Jeśli ktoś tu dotarł, jadąc koleją wpierw do Kołomyi, a dalej fiakrem lub samochodem, mógł obejrzeć słynne kosowskie jarmarki, pełne egzotycznych, barwnie odzianych Hucułek i Hucułów. Chcący poznać ich bliżej, właśnie w Kosowie zakładali bazę wypadową w głąb rozległej, dzikiej, romantycznie opisywanej Huculszczyzny.

U początków XX stulecia magnesem, wabiącym przybyszów stał się zakład leczniczy doktora Apolinarego Tarnawskiego, do którego zjeżdżały osoby znane i sławne. Bywał tu Roman Dmowski, Ignacy Daszyński, Wojciech Korfanty, Juliusz Osterwa, Gabriela Zapolska, Stanisław Dygat, Maria Dąbrowska, Leon Schiller, Melchior Wańkowicz, Xawery Dunikowski, Lucjan Rydel – i dziesiątki innych sław ze świata polityki i kultury. Wszyscy chętnie korzystali z dobrodziejstw zakładu dr. Apolinarego. Miasteczko tętniło życiem. Z racji swej popularności wśród elit kraju, nazywano je drugim Zakopanem.

Doktor Tarnawski leczył swoich pacjentów nie tylko skutecznie ale też nietypowo. Nie używał przy tym jakichś nadzwyczajnych środków. Głównym sposobem była zmiana trybu życia i specjalna dieta oczyszczająca. Polegała ona na spożywaniu lekkich, dodających energii i do tego smacznych potraw jarskich. Po takiej miesięcznej kuracji niedomagający stawali na nogi. Dla dr. Apolinarego poskutkowało to wielką popularnością, co z kolei zmuszało do ciągłej rozbudowy zakładu.

Wojna nie oszczędziła też Kosowa. Zakład przestał istnieć. Jednak mądry doktor zostawił dla potomnych ważną pamiątkę, wspomniany już, spisany przez jego żonę, Romualdę receptariusz tych potraw, jakimi przywracał pacjentom zdrowie. „Kosowską kuchnię jarską” wydano po raz pierwszy w 1929 r. i z miejsca stała się lekturą obowiązkową tysięcy pań domu. W 1988 r. ukazał się reprint tej książki. Tak wcześniej, jak i teraz wiele kosowskich potraw weszło na stałe do rodzimego kanonu kulinarnego. Poza przepisami można tu znaleźć również sporo informacji o walorach zdrowotnych rozmaitych roślin a także liczne uwagi na temat higieny życia codziennego, aktualne zresztą do dziś.

Kiedyś sięgam po „Kosowską kuchnię…” mam każdorazowo problem, bo wybrać. Gołąbki czy zupę z mieszaniny świeżych warzyw? A może jarski, słodki tort? Od samych opisów aż leci ślinka i…łzy żalu, że tyle wspaniałych kresowych tradycji zmiotła straszna wojna oraz jej skutki. Dobrze, że mam chociaż na pocieszenie dar ofiarowany przez sławnego doktora.

Zuzanna Śliwa