Baudrillard napisał książkę "Wojny w zatoce nie było". Opisuje ona konflikt amerykańsko-iracki z przełomu 1990/1991 r., między administracją USA a irackim dyktatorem Saddamem Husajnem, który zaatakował wówczas Kuwejt. Francuski filozof stwierdził w niej, że obraz tej wojny został wykreowany i to zarówno przez Husajna, który fotografował się z dziećmi, które ucierpiały w wyniku konfliktu, jak i Amerykanami, którzy przedstawiali się jako obrońcy demokracji. W związku z tym uznał, że była to wojna wirtualna, przede wszystkim na media, o opinię publiczną.

Wnioski te można zastosować do sporu o LGBT. Z jednej strony on jest, tak jak była wojna w zatoce, z drugiej strony nie ma jej w przestrzeni medialnej, ale jest pewien wykreowany jej obraz. Korzystają na nim w pewien sposób wszystkie strony konfliktu.

Można powiedzieć, że wojna o LGBT, wojna ideologiczna, ma wiele frontów, wiele płaszczyzn i wiele stron. Biorą w niej udział organizacje LGBT, media, partie liberalne, lewicowe i prawicowe, ludzie Kościoła. Tym, co do nas dociera są jednak przede wszystkim tzw. marsze równości i kontrmanifestacje, pobite osoby z obu stron, obrazy męczenników z obu stron (jak abp Jędraszewski z jednej strony, o. Gurzyński z drugiej).

Utożsamiam się w pełni z Arcybiskupem i cieszę się z jego głosu o "tęczowej zarazie", ale martwi mnie w tym wszystkim jeszcze coś innego. Znowu katolicy angażują się w to, aby atakować lub bronić arcybiskupa, a w tym czasie promocja LGBT się odbywa jak gdyby nigdy nic i to nawet pod okiem arcybiskupa. Jezuicki portal Deon.pl oswaja ludzi z tą ideologią, ale na to już mało kto zważa.

Ostatecznie samo mówienie nie robi krzywdy ideologom LGBT, którzy cieszą się z rozgłosu. Głosu sprzeciwu mobilizują ich elektorat. Trzeba mówić, ale należy też działać. Tymczasem z obu stron wydaje się trwać jedynie przepychanka na słowa, która pokazuje "ideowych ludzi", którzy zyskują po obu stronach sporu, ale w zasadzie nic się nie zmienia. Wojna jest, ale jakby jej nie było.