Jeśli ktoś szuka dowodu na pokrętność i nierówność naszego teraźniejszego prawa albo - nieco naiwnie mówiąc - sprawiedliwości, faktów to potwierdzających nie brak. Weźmy przykład pierwszy z brzegu, który przez kilka tygodni bulwersował opinię publiczną. Znany celebryta powoduje wypadek samochodowy. Już wcześniej zabrano mu prawo jazdy, więc siada za kierownicą bezprawnie. Potrąca staruszkę, ta trafia do szpitala z ogólnymi urazami, m.in. złamaniem żeber. Mimo to sąd uwalnia go od zdecydowanej kary, wymierzając jakąś symboliczną zapłatę, żeby przypadkiem gościa za mocno nie stuknąć i nie urazić jego dostojeństwa. Nie udało się też wpisanie go na listę „męczenników reżimu”, ofiara nie należała bowiem do „mściwej” partii rządzącej. W tym przypadku nie stało się zadość ani prawu ani tym bardziej sprawiedliwości, chociaż niektórzy sędziowie – o ironio! - uważają się za niezależnych. Cóż, gdy się ma przed sobą wojewodę, trudno go sądzić jako smroda. Równowaga w nierówności musi zostać zachowana – i kwita!

Ostatnio otrzymaliśmy idealny, wręcz modelowy przykład nierówności wobec prawa. Jest on tym bardziej wymowny, że ukazuje zdarzenia mające miejsce pod tym samym niebem, podlegające paragrafom tego samego Kodeksu Karnego. Do tego dzieli je raptem kilkanaście godzin. Pierwsza historia jest nieco groteskowa. Druga, jakby nie patrzeć, ponura.

Podchmielony starszawy mieszkaniec woj. łódzkiego włamał się do cudzego domu. Przyłapała go jednak właścicielka. Mimo to, chcąc zadośćuczynić złodziejskiej pasji, uciekając porwał…klapki któregoś z domowników. Został ujęty. Grozi mu aż 10 lat więzienia. Myślę, że sąd mu nie popuści. Wlepi stosowny wyrok, no bo jak to tak? Okradać bliźnich? Kara się należy. Z tym wypada się nam zgodzić.

Druga historia dotyczy zaboru rzeczy o wartości potężną ilość razy większej niż letnie obuwie. Pewien facet dobrze usadowiony w sferach rządzących miastem, przy pomocy licznych matactw wszedł w posiadanie kamienicy w żaden sposób mu nie należnej, bo ani brat, ani swat byłych właścicieli. Pokrętnymi drogami, używając nieprecyzyjnych przepisów, dowiódł swych praw i zażądał od miasta odszkodowania w wysokości milionów złotych, co bez trudu otrzymał. Dowodów na przekręt multum, prokuratura i powołana przez Sejm Komisja Reprywatyzacyjna wygrzebały co tylko się dało. Przez krótki czas gościa trzymano w areszcie, ażeby uniemożliwić mu zamulenie sprawy. Kiedy jednak zabrały się za to sądy, dowody poszły się paść na zieloną łączkę naiwności oskarżycieli. Miast wypisać sobie na czole mądre porzekadło o wojewodzie i smrodzie, uwierzyli, iż paragrafy – cha, cha! – są sługami sprawiedliwości. I co z tego, że w tym przypadku „złodziejskimi klapkami” były dziesiątki ludzi wyzutych z dorobku życia. Ów „właściciel” nie był w procederze osamotniony. Podobnych mu „właścicieli” namnożyło się w stolicy sporo, toteż ludzi przez nich poszkodowanych liczy się na dziesiątki tysięcy.

Tego samego dnia, gdy dowiedzieliśmy się, że złodziej klapek czeka w odosobnieniu na działanie walca sprawiedliwości, okazało się, że „właściciel” orzeczeniem sądu uniknie zamknięcia, bo…Bo co? O, to wiedza tajemna, znana wyłącznie niezależnym jurorom sądowym. Podobno dowody nie do końca precyzyjne...Co innego, gdyby zwędził klapki, uprzednio włamując się do czyjegoś domostwa. Ale tak? I co z tego, że on i jemu podobni wyrzucili z nieswoich kamienic tysiące ludzi? Dali tym dowód rozwoju sztuki oszukiwania. A że Warszawa swoich artystów szanuje, nie można ich więc traktować jak byle kogo. Wszak to wojewodowie naszych czasów.

Zuzanna Śliwa