Trudno zgadnąć, które komitety mogą znaleźć się na celowniku PKW, ale tego i owego możemy się domyślać. Na pewno na tym celowniku nie znajdzie się PiS, bo wtedy z PKW nie zostałaby nawet mokra plama, jako że wtedy mnóstwo dzieci przypomniałoby sobie, że przed 40 laty członkowie PKW je molestowali seksualnie i w ogóle. Na celowniku nie znajdzie się też obóz zdrady i zaprzaństwa, czyli Platforma Obywatelska, bo Nasza Złota Pani, od której to i owo jednak w naszym bantustanie zależy, mogłaby kazać niezawisłym sądom zaostrzyć walkę klasową o praworządność. Nic nie grozi też sodomitom otaczającym pana Czarzastego, bo ich komitet jest dla PiS szalenie wygodny ze względu na demoralizacyjne postulaty, które rozjątrzają znaczną cześć opinii publicznej, którą Naczelnik Pańatwa zamierza przekonać, że przeciwko ofensywie sodomitów on jest najlepszą obroną. PSL nie znajdzie się na celowniku ze względu na swoją stuprocentową, a w porywach serc gorejących nawet większą zdolność koalicyjną. Najbardziej tedy narażona jest na taką niespodziankę Konfederacja, która przynajmniej częściowo zwraca się do tej samej grupy wyborców, do której umizguje się PiS, a w dodatku pan dr Targalski dał wyraz pragnieniu, by „różnorodna szuria” nie dostała się do Sejmu, który wtedy oblazłaby szuria jednorodna – więc nie jest wykluczone, że jakieś sugestie, albo nawet rozkazy mogły w tej sprawie paść. Jak bowiem przenikliwie zauważył klasyk demokracji Józef Stalin, ważniejsze od tego, kto głosuje, jest to, kto liczy głosy, no a wiadomo, że głosy liczy PKW. Robi to oczywiście według surowych reguł przewidzianych przez ordynację wyborczą, ale czasami zdarzają się sytuacje nadzwyczajne i wtedy na mieście krążą fałszywe pogłoski, jakoby liczenie polegało na tym, że z sumy oddanych przez suwerenów głosów wyciąga się pierwiastek kwadratowy, potem odejmuje się od niego roczną produkcję parasoli, a po takim zabiegu wybory nieubłaganie wygrywa ten komitet, który wcześniej został wytypowany przez starszych i mądrzejszych – bo przecież tą całą demokracją ktoś musi kierować. Oczywiście nie ma w tym ani słowa prawdy, więc tym bardziej możemy, a nawet powinniśmy takie opinie zacytować, choćby gwoli ich napiętnowania.

Według ostatnich sondaży PiS miałby zagarnąć 45 procent głosów, obóz zdrady i zaprzaństwa – 30 procent, sodomici – aż 14 procent, co daje w sumie 84 procent, a to oznacza, że 11 procentami mogłyby podzielić się dwa pozostałe komitety wyborcze, to zna czy – PSL i Konfederacja. Gdyby tak się stało, to by znaczyło, że również Konfederacja mogłaby dostać się do Sejmu, bo w takiej sytuacji wszystko zależy od mobilizacji wyborców, którzy stłumiliby w sobie obawę przed „zmarnowaniem głosu”. Dlatego też sądzę, że głównym wrogiem PiS w tej kampanii będzie właśnie konfederacja, wskutek czego ani w rządowej telewizji, ani w telewizjach nierządnych jej kandydatów nie będzie można dostrzec nawet ze świecą. Ale – jak powiada przysłowie – człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi, więc mogą zdarzyć się niespodzianki – bo dwupartyjny model obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm uzupełniany przez obóz zdrady i zaprzaństwa żadnych niespodzianek już nie przewiduje. Raz my was odsuwamy od władzy, innym razem – wy nas, ale w granicach wyznaczonych przez zasadę: my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych.

Kampania wyborcza już się rozpoczęła, a wraz z nią – festiwal obietnic. Naczelnik Państwa już na dzień dobry podniósł poprzeczkę tak wysoko, że po pierwsze – bardzo trudno będzie go w obietnicach przelicytować, a po drugie – jeśli wszystkie one miałyby zostać spełnione, to jest ryzyko, że pójdziemy z torbami, chociaż ekonomiści wynajęci przez rząd jeden przez drugiego takie obawy energicznie, chociaż enigmatycznie rozwiewają. Przypomina mi to trochę pana Andrzeja Leppera, który rzucił pomysł, by rząd zorganizował skup wszystkich produktów rolniczych, by mieszkańcom wsi zapewnić tak zwane „godne życie”. Zwróciliśmy się tedy do niego telefonicznie, mówiąc, że my jesteśmy dziennikarzami, piszemy artykuły, ale redakcje nie chcą ich skupować, a nawet jak chcą, to nie płacą za nie według stawek zapewniających „godne życie”. Czy w tej sytuacji państwo nie mogłoby zorganizować skupu tych artykułów? I Pan Andrzej nam to obiecał, więc tym bardziej żałujemy, że odwiedził go seryjny samobójca.

Więc Naczelnik Państwa wśród innych obietnic wysunął i tę, że do roku 2023 płaca minimalna wyniesie 4 tysiące złotych. Krwiopijcy podnoszą, że to może doprowadzić do bankructwa znacznej części krajowych firm, ale kto by ich tam słuchał, gdy stawką jest kolejna kadencja i możliwość konsumowania konfitur władzy przez następne 4 lata? Tym bardziej, że Naczelnik Państwa nie powiedział, co będzie po 2023 roku – bo obietnice a przecież składane w perspektywie jednej kadencji, a jak ona się skończy, to niechby i potop, zwłaszcza, gdyby starsi i mądrzejsi nakazali zluzowanie na pozycji lidera politycznej sceny. Zresztą nawet i bez tego nic nam nie grozi, bo skoro od podniesienia płacy zależy dobrobyt, to co nam szkodzi zacząć drukować pieniądze, najlepiej od razu franki szwajcarskie? Dolarów lepiej nie drukować, bo Nasz Najważniejszy Sojusznik mógłby nam za to poobrywać uszy, ale franki – czemu nie? Od razu można by rozwiązać problemy frankowiczów, którzy chyba poparliby swojego wybawcę, więc choćby na tym przykładzie wydać, jakie otwierają się przed nami perspektywy. Nawiasem mówiąc, z tą płacą minimalną są różne nieporozumienia i pamiętam, jak podczas obrad okrągłego stołu delegaci związkowi oburzali się na ceny minimalne i energicznie żądali cen maksymalnych. Ten sam mechanizm można by zastosować również do płac, więc widać – jak to mawia Kukuniek” - ile mamy „wariantów na rozwiązania”, zwłaszcza te „mądre”.

Co nam jednak szkodzi wziąć ołówek i policzyć, jakie korzyści z podwyższenia płacy ma obywatel w istniejącym systemie podatkowym. Dla ułatwienia powiedzmy, że płaca została podwyższona o 100 złotych. Z tych stu złotych państwo od razu zabiera 19 złotych tytułem podatku dochodowego, a dalsze 50 złotych zabiera ZUS. Zatem państwo ma z tej podwyżki prawie 70 złotych – ale obywatel ma 30, więc 30 lepsze niż nic. No tak – ale w gospodarce wszystko powinno się bilansować, więc skoro wszyscy obywatele dostali po 100 złotych, to muszą odpowiednio wzrosnąć ceny wszystkich towarów i usług – powiedzmy o 3 grosze na sztuce. Państwo i z tego tytułu uzyska dodatkowe pieniądze tytułem VAT, naliczanego od ceny, a co będzie miał obywatel? Ano, te 30 złotych wyda na te same towary i usługi, które kupował i przed podwyżką, bo cena każdego wzrosła o 3 grosze, a taki jeden z drugim obywatel kupuje miesięcznie około 1000 sztuk towarów i usług. Widzimy zatem, że podwyżka płacy minimalnej ma tej swoje – jakby powiedział Kukuniek - „plusy ujemne” - ale o tym ani telewizja rządowa, ani telewizje nierządne już nie mówią, co „po co babcię denerwować; niech się babcia cieszy!”

Ale przecież mamy dopiero początek kampanii, więc myślę, że pod koniec września któryś komitet wyborczy obieca obywatelom pół litra do obiadu – po jednym, na każde dziecko. Chodzi o to, by powiązać to z polityką demograficzną; obywatel nie mający dzieci nie dostałby nawet ćwiartki – co niewątpliwie stanowiłoby zachętę do zakładania rodzin. Co więcej, taka wymuszona abstynencja stwarzałaby gwarancję, że dzieci, przynajmniej te pierwsze, rodziłyby się zdrowe, co niewątpliwie leży zarówno w interesie państwowym – bo państwo nie musiałoby wydawać tyle na leczenie – i narodowym – bo w zdrowym ciele, wiadomo – zdrowy duch. Co więcej – państwo miałoby większe dochody z podatku akcyzowego, dzięki czemu mogłoby rozwijać kolejne programy rozdawnicze – aż w końcu uzależniłoby obywateli od państwowej, a właściwie nie tyle państwowej, co partyjnej biurokracji – ja to było za komuny.