Kaja Godek została pozwana przez Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Jak informuje na Facebooku znana działaczka antyaborcyjna – został jej dostarczony „akt oskarżenia napisany przez prawnika opłaconego przez Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych — znaną lewacką organizację nękającą polskich patriotów, prolajferów i katolików za obronę wartości. Siedmiu oskarżycieli prywatnych domaga się ukarania mnie za wypowiedź w polsatnews.pl".

 

W swej wypowiedzi dla telewizji Polsat Kaja Godek stwierdziła, że „walka z pedofilią w Kościele i w każdym środowisku, to musi być przede wszystkim ograniczenie homolobby i tego nie robi żadna siła polityczna dzisiaj w Polsce, dlatego, że to pederastia jest wstępem do pedofilii i to pokazuje film Sekielskich. Tam na sześć przypadków molestowania pięć ma charakter homoseksualny. I to zawsze tak jest. Teraz geje mówią, że chcą adoptować dzieci. Dlaczego chcą adoptować dzieci? Bo chcą je molestować i gwałcić. Takie są fakty".
 

Jak informuje działaczka antyaborcyjna „jednym z oskarżycieli jest Rafał Gaweł — twórca OMZRiK, skazany prawomocnym wyrokiem za malwersacje finansowe, przebywający za granicami Polski, uciekający przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Ciekawe, czy stawi się na którąkolwiek rozprawę? Umożliwiłoby to w końcu ujęcie go i zmuszenie do odbycia kary, przed którą zbiegł do Norwegii".

 

Sąd dał Kai Godek „na przesłanie dowodów w sprawie, a także podanie listy świadków oraz napisanie odpowiedzi na akt oskarżenia... 7 dni! Wyjątkowo mało czasu. Zemsta za działalność przeciw ideologii LGBT jest taka jak zawsze. Nękanie pozwami, aktami oskarżenia, wezwaniami na przesłuchania, krótkimi terminami wyznaczanymi na obronę swojego stanowiska — to niepomijalne elementy uprzykrzania życia prolajferom".
 

Komentując atak na działaczkę antyaborcyjną publicyści Prawy.pl stwierdzili, że niezależnie od jej decyzji politycznych, wszyscy konserwatyści muszą być z nią solidarni, tym bardziej że represje nie będą dotyczyły tylko jej, tylko ofiarami lewicowej kampanii nienawiści padną wszyscy.
 

Drugim tematem dyskusji w studiu Prawy.pl była kwestia ataku szefa archiwów wojskowych Sławomira Cenckiewicza na Macieja Giertycha. By dowalić Maciejowi Giertychowi (ojcowi Romana) za to, że publicznie nawołuje do niegłosowania na PiS, Sławomir Cenckiewicz opublikował fotkę dokumentu z IPN, o tym, że Jędrzej Giertych (ojciec Macieja) brał od SB materiały kompromitujące komunistycznego mordercę Stefana Michnika.
 

Surrealizm tego ataku polega na tym, że Stefan Michnik w PRL był komunistycznym sędzią, który po wyjeździe na zachód pisał pod pseudonimem do paryskiej „Kultury", kultowego pisma opozycji w Polsce. Do dziś Szwecja nie chce go wydać wymiarowi sprawiedliwości III RP, bo ten komunistyczny morderca to Żyd, a jak wiadomo z żydowskiej definicji Polacy to antysemici i sprawiedliwego procesu nie będzie miał. O Stefanie Michniku od lat pisze Tadeusz Płużański, historyk i szef publicystyki TVP Info.
 

Sławomir Cenckiewicz to zasłużony historyk. Autor wielu książek demaskujących współpracę Lecha Wałęsy z SB. Przed laty redaktor naczelny czasopisma lefebrystów „Zawsze Wierni", w którym publikowano artykuły, które lewica mogłaby uznać za antysemickie. Zapewne zwolennik sanacji, co może tłumaczyć jego bezsensowny atak na Macieja Giertycha, który kojarzy mu się z narodowcami. Cenckiewicz, chcąc skompromitować Macieja Giertycha, opublikował fotki dokumentów z IPN o tym, że jego ojciec Jędrzej Giertych, będąc na emigracji, brał od SB dokumenty ukazujące, że Stanisław Michnik, publikujący w „Kulturze" to komunistyczny morderca.

 

Maciejowi Giertychowi można wypominać to, że kompromituje się, i swoje świetne książki, wspierając antyPiS, który reprezentuje wszystko, co w swoich publikacjach od lat potępiał, a nie to, że jego ojciec brał od SB materiały kompromitujące komunistycznego mordercę.
 

Jan Bodakowski