Gdzie mają z nią obcować. Szkoła, dom, telewizja, internet, gry komputerowe, sport, pogaduszki przez telefon i „gadu-gadu” (dla niezorientowanych: nowa forma rozmowy przez internet bardzo wśród młodzieży rozpowszechniona). Ktoś powie. A szkoła? No tak. Tam powinni się ukulturalniać. Tylko pamiętajmy, ze jest to wciąż szkoła stworzona przez pozytywizm, wyznająca kult nauk szczegółowych: matematyki, fizyka, chemii itd. Ponadto ta szkoła staje się coraz bardziej liberalna, wręcz libertyńska i pogańska, coraz bardziej „praktyczna”, coraz mniej ogólnokształcąca i wychowująca.

Czego uczą się w szkole nasze dzieci? No, właśnie: matematyki, biologii, chemii, fizyki, informatyki. A ponadto? Języki i jeszcze raz języki i wciąż się mówi, ze za mało wychowania fizycznego. Cóż pozostaje? Troszkę polskiego i historii. Odrobina wiedzy o muzyce i sztuce. I lekceważona, z reguły, lekcja religii. Mało tej kultury w szkole.

W swoim czasie jeden z przedstawicieli Ministerstwa Edukacji Narodowej, który był katolikiem powiedział: „Dobrze, że w szkole jest tyle biologii i fizyki. To są przedmioty dotyczące nie jak polski i historia tworów człowieka, ale wprost tworów Boga, tego, co Pan Bóg stworzył”. No tak, tylko w jakim aspekcie? Jest to aspekt użyteczności. Celem nie jest tu prawda o rzeczywistości, o dobru, pięknu, o działaniu Boga. Celem nie jest duchowy wzrost człowieka. Nauki szczegółowe mają prowadzić do wykorzystywania rzeczywistości. Ci, którzy się nimi kierują coraz bardziej ją wykorzystują w coraz bardziej bezwzględny sposób. Brakuje im mądrości i kultury.

Nauki szczegółowe są potrzebne. Dotyczą narzędzi. Musimy jednak umieć wykorzystywać narzędzia. Musimy pamiętać, ze to tylko narzędzia, że jest coś ważniejszego, coś naprawdę istotnego. Tego dotyczy, obok religii, kultura. Potrzeba nam jej, potrzeba jej naszym dzieciom jak powietrza. Jeśli im jej nie dają inni to musimy dać ją sami.