Podobna sytuacja – mówił wuj – była zaraz po II wojnie światowej. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat i czułem, że wojna zrobiła ze mnie, w jakiejś mierze, barbarzyńcę. Podczas okupacji siłą rzeczy nie myślało się o takich sprawach. Czułem braki w dobrym wychowaniu. Czułem jego potrzebę. I nadrobiłem zaległości sięgając po liczne książki dotyczące dobrego wychowania, których wtedy wydawano dużo. Napisz taką książkę. Łatwo ją napisać. Wystarczy sięgnąć do tych pozycji, z których ja wtedy korzystałem”.

Wuj mnie przekonał. Obiecałem mu, że w pierwszej wolnej chwili zabiorę się do pisania tej książki. Uświadomiłem sobie, ze trzeba by zacząć ją od spraw najprostszych. Faktycznie ludzie, szczególnie młodzi, najczęściej nie umieją już nawet usiąść jak trzeba. Pokładają się w miejscach publicznych na krzesłach i fotelach przybierając pozycje, których każdy średnio cywilizowany człowiek nie przybrał by nawet w gronie najbliższych przyjaciół czy gronie rodzinnym. A zachowanie przy stole? Stosunek do kobiet i starszych? Język?

Czy to w jakiejś mierze nie dotknęło nas wszystkich? Czy nie zapomnieliśmy, przynajmniej po części, w całym tym kołowrocie początku XXI wieku o tych formach, które wcale nie są puste i przestarzałe, bo są znakiem pewnych istotnych wartości, znakiem jakości naszego wnętrza? Czy nie zapomnieliśmy jakoś o tym codziennych wymiarze godności i szlachetności, który powoduje, że się konserwują i pogłębiają, uzewnętrzniają w każdym momencie naszego życia?

Sądzę, że powinniśmy dziś w momencie, gdy się nas pauperyzuje zadbać jeszcze bardziej o to, by rzucało się w oczy kto jest tutaj barbarzyńcą a kto reprezentuje wysoką kulturę, kto chce być tandeciarzem a kto człowiekiem.