„Gwiezdne wojny” odbierane były początkowo jako naiwna bajeczka dla dzieci, która różni się tym od innych bajek, iż jej akcja rozgrywa się w świecie przyszłości naszpikowanym komputerami, robotami itp. Uznano, że film nie jest szkodliwy nawet dla najmłodszych, bo nie ma w nim żadnych drastycznych scen, bo wszystko w nim jest czarno-białe, dobre lub złe (tak, że łatwo odróżnić dobro od zła), bo wreszcie dobro zwycięża.

Długo nie zauważano, że jest to film kultowy, że stanowi on wykład i promocję nowej religii, która objawiła się początkowo amerykanom pod nazwą New Age.

Z jednej z pierwszych i fundamentalnych prac katolickich o New Age, książeczki kardynała G. Daneelsa pt. „Nowy Ład, Nowa Ludzkość, Nowa Wiara, New Age” dowiadujemy się, że w ulotce tego ruchu pojawia się takie zdanie: „Jeśli podobał ci się film Gwiezdne Wojny przyjdź do nas”.

Gdy przeczytałem, zresztą całe lata temu, książkę Daneelsa i zapoznałem się z tym zdaniem zrozumiałem wiele. Pamiętam oglądałem „Gwiezdne wojny” zaraz po ich polskiej premierze i film nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Ot taki sobie, nawet niezły film science fictions tyle że jakoś udziwniony. Zdziwiło mnie wtedy, że na mojego najbliższego przyjaciela, tak jak ja zbliżającego się do dwudziestki, film ten podziałał jak narkotyk. Poszedł na niego drugi raz namawiając mnie bym mu towarzyszył, potem trzeci, czwarty, piąty, szósty. Wreszcie stracił już rachubę. Wciąż mówił o tym filmie z zachwytem, wręcz miłością. Nie skojarzyłem wtedy tego z jego dalszymi losami. Wychował się w rodzinie ateistycznej. Nie był nawet ochrzczony. I nagle, niedługo po obejrzeniu „Gwiezdnych wojen”, stał się człowiekiem bardzo religijnym, ale w specyficzny sposób. Zwrócił się bowiem w pierwszym rzędzie do hinduizmu i buddyzmu, potem zainteresowały go religie staroirańska i staroegipska, wreszcie różne kulty pogańskie. Zaczął też zajmować się astrologią, spirytyzmem. Zauroczył się jogą i tzw. medytacją transcedentalną. Zainteresował się UFO. Stał się wreszcie wrogiem Kościoła. Zaczął tropić jego „zbrodnie”.

Teraz wiem, że wszystko to spowodowały „Gwiezdne wojny”. To one otworzyły go na pogaństwo, wzbudziły w nim tęsknotę do boskości uświadamiając mu, że ta boskość jest w nim ukryta i że gdy ją wydobędzie stanie się bogiem.

Głównym bohaterem „Gwiezdnych wojen” nie jest Han Solo, Oui-Gon Jinn czy Mace Windu. Głównym bohaterem tego „Pisma Świętego” neopogan jest Moc – kosmiczna, nieosobowa boska siła, która ma dwie strony ciemną i jasną. (film wyraźnie prezentuje podstawy teologii manichejskiej, w której szatan i Bóg są sobie równi). „Niech Moc będzie z tobą” – to zawołanie z filmu stało się dla wielu tym, czym dla katolików jest pozdrowienie: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Kolejni bohaterowie kolejnych filmowych odcinków „Gwiezdnych wojen” (choćby „Imperium kontratakuje”, „Powrót Jedi”) odkrywają w sobie Moc i powoduje to, że stają się nadludźmi, że posiadają nadprzyrodzone zdolności, że mogą dokonywać czynów takich, do jakich zdolni byli tylko bogowie z greckiej mitologii. Tysiące widzów, którzy zagubili gdzieś swoje chrześcijaństwo albo urodzili się i wychowali poza nim zaczyna szukać w sobie Mocy. Ludzie ci zaczynają wierzyć, że mogą być tacy jak filmowi bohaterowie.

Być może, że jest to taki efekt jak ten, który ma miejsce przy serialu „Ostry dyżur”. Tysiące amerykanów pisze listy do aktora grającego główną rolę z prośbą o porady medyczne. Być może, że jest to jeszcze coś więcej. Jakiś przekaz do podświadomości. Jakaś manipulacja. A może kluczem do zrozumienia tego fenomenu jest po prostu to, że film potrafi kusić tak „profesjonalnie” jak sam Lucyfer. To on przecież namawiał i wciąż namawia człowieka do tego, by zbuntował się przeciwko Bogu i sam zajął Jego miejsce.

Na ekrany kin na całym świecie wszedł pod koniec 1999 r. kolejny odcinek „Gwiezdnych wojen" zatytułowany „Gwiezdne wojny-mroczne widmo”. Nikt nie powinien się dziwić, że na koszulkach, czapkach, książkach, których sprzedaż ma towarzyszyć jego projekcjom widnieć będzie oblicze, które każdy chrześcijanin łatwo zidentyfikuje jako oblicze szatana.

„Mroczne widmo” ma być filmem nie tylko roku, lecz wręcz wieku. Ma być zapowiedzią, jak głoszą to hasła reklamowe, wieku XXI. Gazety rozpływają się głównie nad tym, iż jest on owocem nieistniejącej jeszcze kilka lat temu techniki. Film bowiem w przeważającej mierze powstał w wyniku zastosowania digitalnej technologii komputerowej, która została tu użyta na niespotykaną dotąd nigdy skalę. Film jest jedną z najdroższych produkcji w historii kina. Koszty realizacji wyniosły 120 milionów dolarów. Jest to również film o niespotykanej w dziejach reklamie. Jego produkcja trwała cztery lata. Przygotowania do niego prawie dziesięć lat. Miał on wstrząsnąć światem. Przecież, jak można się to dowiedzieć z prasy, Mistrz Yoda obdarzył Georga Lucasa Mocą, a ten jest przecież nie tylko reżyserem i producentem filmu, ale również „pełnym autorem”.

Czyżby to w ten sposób, nie w ludzkiej postaci, lecz na taśmie filmowej antychryst miałby przyjść na ziemię?