Naliczyłem w niej ponad 60 wypowiedzi na temat, głównego bohatera tej sagi - Mocy. Można powiedzieć, że znalazłem tam kompletny, w zasadzie, wykład teologii Mocy.

Odkrycie Mocy stało się powodem założenia zakonu Jedi: „Zakon Jedi założono tak dawno, że o jego narodzinach krążyły wyłącznie legendy. Z początku zrzeszał uczonych teologów i filozofów, którzy dopiero z czasem zdali sobie sprawę z istnienia Mocy, a później długie lata poświęcili na zgłębienie jej tajników, kontemplację jej znaczenia i wreszcie jej opanowanie. Zakon z wolna ewoluował i Jedi porzucali stopniowo wiarę we wszechmoc samotnych medytacji, na rzecz odpowiedzialności społecznej i zaangażowania w sprawy świata zewnętrznego. Zrozumienie istoty Mocy w stopniu wystarczającym do jej należytego wykorzystania wymagało czegoś więcej, niż samotnych studiów, wymagało służby społeczeństwu oraz wprowadzenia systemu, który gwarantowałby wszystkim równe prawa.” (s. 26-27).

Zobaczmy. W istnieniu zakonu była dwa etapy. Charakterystyka pierwszego odpowiada „toczka w toczkę” zakonowi Różokrzyżowców (którzy są duchowymi ojcami tak masonerii, jak New Age). Charakterystyka drugiego jest charakterystyką masonerii, taką, jaka ona sama siebie przedstawia. Masoneria mówi dziś głośno o swoim planie przejęcia władzy nad światem i stworzenia Rządu Światowego. Zakon Jedi stanowi fundament już nie tylko Rządu światowego, ale wszechgalaktycznego.

Co to jest ta Moc? „Moc była pojęciem złożonym, trudnym do ogarnięcia. Wyrastała z równowagi wszechrzeczy i każde zakłócenie jej przepływu groziło zachwianiem owej równowagi.” (s. 114) „Moc skrywa tajemnice, które niełatwo jest odkryć. Jest wszechobecna, przenika wszystko, co nas otacza i wszystkie żyjące istoty są jej częścią.” (s. 50). To przenikanie nie ma natury wyłącznie duchowej. Jego pośrednikiem są bowiem tzw. midichloriany: „Midichloriany to mikroskopijne formy życia, istniejące w komórkach wszystkich żywych istot i zdolne do komunikacji z Mocą”.(s. 194) Pojawiają się one w szczególnym natężeniu w organizmach ludzi „wybranych”, z którymi żyją w symbiozie. (tamże). „Mówimy o niej, gdy dwie formy życia egzystują blisko siebie, współpracują i obie czerpią z tego korzyści. Bez nich życie nie mogłoby istnieć i nie zdawalibyśmy sobie sprawy z istnienia Mocy. Midichloriany cały czas przemawiają do nas, przekazują nam wolę Mocy." (tamże). Ich głos może usłyszeć ten wybrany, który „uciszy własny umysł”.(tamże).

Rycerze Jedi to ludzie, w których, gdy byli jeszcze małymi dziećmi odkryto midichloriany. Są oni odbierani rodzicom i szkoleni. (s. 51) Rycerze Jedi starają się działać zgodnie z rytmem Mocy, zrozumieć jej wielowymiarową istotę i, wreszcie, opanować ją. Nie mogą zanadto zbliżać się do żywej Mocy, lecz maja koncentrować się na jej „jednoczącym aspekcie”. Mają też kontaktować się „z istotami pochodzącymi z teraźniejszości” i z istotami, które zamieszkują „tę samą przestrzeń" w przeszłości i przyszłości. (s. 114). Rycerze Jedi dążą do zespolenia z Mocą (s. 49). Czynią to starając się nie myśleć, koncentrując się na bieżącej chwili, ufając instynktowi (s. 136), izolując się od otoczenia (s. 141), zanurzając się „w głębi swojej świadomości” (s. 142). „W świecie Jedi równowaga życia w Mocy stanowiła ścieżkę, wiodącą do zrozumienia i pokoju”. (s. 173) Gdy to zespolenie osiągnie odpowiedni stopień nabywają ponadnaturalnych zdolności. Mogą odczytywać cudze myśli i przewidywać przyszłość. (s. 57). Mogą, używając Mocy, przenosić przedmioty, zatrzymywać ich ruch lub nawet je niszczyć. (s. 71). Mogą widzieć wszystko z zawiązanymi oczami i to, co znajduje się za ich plecami czy w innym pomieszczeniu (s. 185). Mogą też wpływać na myślenie innych ludzi i stosując Moc zmieniać je, naginać do swojej woli, co jednak już nie zawsze im się udaje. (s. 96).

Moc ma swoją jasną i ciemną stronę. Wyznawcami tej drugiej strony Mocy są w „Gwiezdnych wojnach” Sithowie: „Pojawili się na scenie przed blisko dwoma tysiącami lat jako kult wyznający Ciemną Stronę Mocy. W pełni zgadzali się ze stwierdzeniem, że władza, z której dobrowolnie się rezygnuje, to władza stracona. Bractwo Sithów zostało założone przez zbuntowanego rycerza Jedi, samotnego odszczepieńca, który tym się różnił od swych towarzyszy, iż od początku wiedział, że prawdziwa Moc nie leży po stronie światła, lecz kryje się w mroku.” (s. 112) Zaczął on zgłębiać „Ciemna Stronę Mocy”. „Gardząc ideałami współpracy i porozumienia, oparłszy się na założeniu, że zdobycie siły dowolnymi sposobami prowadzi do pełni władzy, Sithowie zaczęli budować swą Moc w opozycji do Jedi.” (s. 112) Typowy członek bractwa jest „postacią demoniczną”, ma „bezwłosą, gładką czaszkę, ozdobioną w dodatku krótkimi rogami”. Nad Mocą panuje przynajmniej w równym stopniu, co rycerze Jedi (s. 162-163).

Rycerze Jedi oczekują na spełnienie przepowiedni zwiastującej „nadejście tego, który zaprowadzi w Mocy równowagę”. (s. 175) Wszystko wskazuje na to, że tym mesjaszem Mocy jest będący jednym z głównych bohaterów „Gwiezdnych wojen - mrocznego widma” dziesięcioletni chłopiec, który nie tylko, że ma we krwi „niewiarygodne stężenie midichlorianów” i że koncentruje w sobie Moc to, ponadto przyszedł na świat w wyniku niepokalanego poczęcia. Jego matką jest zwykła, prosta kobieta, a ojcem „essencja Mocy” (s. 175, por. też s. 120).

„Szlachetni” rycerze Jedi nie tylko panują nad Mocą, ale ustalają sami z siebie wszelkie reguły gry. Podstawowa z nich brzmi wyraźnie: „Cel uświęca środki.”. Dlatego jeden z nich, chyba „najszlachetniejszy” kradnie, gdy uznaje to za wskazane (s. 122), oszukuje posługując się Mocą (s. 132) lub stosując ją próbuje wyłudzić potrzebne sobie wartościowe rzeczy (s. 96).

Tyle chyba wystarczy. Przedstawiona wyżej koncepcja jest mieszaniną kabały (do której przyznają się masoni), manicheizmu, doktryny Różokrzyżowców i teozofii. Podpisałby się pod nią praktycznie każdy poganin reprezentujący tzw. dojrzałe pogaństwo. Jest to zarazem jedna z podstawowych wersji teologii, jakie reprezentuje New Age.

Zobaczmy. Moc to absolut, nieosobowe bóstwo, tożsame ze światem (klasyczny panteizm). Bóstwo to ma w sobie wszelkie boskie moce. Ma nawet jakieś swoje, niejasne zresztą, przesłanie. Samo jednak z siebie nie może nic. Nie jest przecież osobą. Jego boskość może zatem uruchomić tylko ktoś inny - człowiek i to wyłącznie człowiek wybrany, który ponadto jest wtajemniczony (posiada odpowiednią wiedzę - gnosis; stąd gnoza). Człowiek taki staje się, gdy panuje już w pełni nad Mocą, dosłownie Bogiem. Może on działać zgodnie z naturą (przesłaniem) Mocy. Może jednak też realizować, posługując się Mocą, swoje własne plany. Moc-bóstwo nie ma zresztą swojej jednorodnego duchowo-moralnego wymiaru. Ma przecież jasną i ciemną stronę. Zło jest tu więc przedstawione jako coś realnego, mającego swoje ugruntowanie w bóstwie, jako coś, co ontycznie (bytowo) jak i moralnie jest równe dobru. Cóż z tego, że dobro zwycięża wciąż w „Gwiezdnych wojnach”. W każdej chwili może przecież zwyciężyć zło.

Jasna strona Mocy-bóstwa nazywana „dobrem” reprezentuje opcję, która tylko pozornie jest tożsama z rozumieniem dobra zawartym w chrześcijaństwie czy choćby kulturze europejskiej. To „dobro” ma polegać na służbie ludziom. Na czym jednak polega ta służba? Co jest jej celem? Wszystko wskazuje na to, że nieograniczona niczym wolność człowieka („Róbta co chceta.”), a następnie, co już jest logiczne, jego boskość.

Koncepcja Mocy z założenia jednak ogranicza tę wolność i boskość poprzez swoją programową kastowość. Ludzi dzieli się tam na wybranych i pielęgnujących swoje wybraństwo (to im należy się pełnia władzy nad światem), wybranych, którzy zagubili swoje wybraństwo lub nie zostali zaakceptowani przez innych wybranych (mają oni odrobinę lepszy status niż tzw. zwykli ludzi, bo są szczególnie uzdolnieni) oraz zwykłych ludzi, którym zostaje, zresztą także dla ich „dobra”,ślepe podporządkowanie się wybranym.

Dodatkowo w ramach zaprezentowanej koncepcji zarysowana jest bluźniercza koncepcja mesjasza Mocy, która jest naigrywaniem się z największych świętości chrześcijańskich, i która oczywiście ma całkowicie inną wymowę niż chrześcijańska. Ten moment teologii mocy świadczy o tym, że jest ona sformułowana właśnie tak, a nie inaczej w celu zwiększenia swej atrakcyjności w kręgu kultury europejskiej (zwiększenia konkurencyjności wobec chrześcijaństwa). Jest on zresztą żywcem zaczerpnięty z doktryny Maniego (twórcy manicheizmu).

Jeśli spojrzeć na teologię Mocy z chrześcijańskiego punktu widzenia należy stwierdzić, że jest to czystej wody satanizm. Pamiętajmy, że prawdziwy satanizm nie polega na oddawaniu czci szatanowi, ale na realizacji jego wskazań („Bądźcie bogami”). Realizacja zaś tych wskazań jest możliwa tylko po przyjęciu takiej teologii Mocy (lub innej doktryny posiadającej te same podstawowe „wektory teologiczne”).

„Gwiezdne wojny” to więc dzieło propagandowe, które ma indoktrynować. Głosi pewną bardzo określoną doktrynę religijną, ale tak niejako przy okazji, mimochodem, nie wprost, w taki więc sposób, że jego odbiorcy często nie zdają sobie sprawy, że dociera do nich takie przesłanie i że je przyjmują. Oni po prostu w pewnym momencie uświadamiają sobie, że zaczęli wierzyć w coś, w co przedtem nie wierzyli, że to ukierunkowało ich zainteresowania i zmieniło, w konsekwencji, życie. Przypominam, że pierwsze ulotki New Age miały przyspieszać ten proces przez uświadomienie czegoś odbiorcom „Gwiezdnych wojen”. Głosiły przecież: „Jeżeli podobały ci się Gwiezdne wojny przyjdź do nas.”

Zauważmy, że ten zabieg propagandowy został dokonany w kontekście dwóch mających zwiększać jego skuteczność elementów.

Po pierwsze, atrakcyjność „Gwiezdnych wojen”. To nie jakiś nudny wykład teologiczny, ale czysta rozrywka, pełna przygód, dowcipu, sytuacji wywołujących pozytywne emocje, budzących uczucie zadowolenia, oszołamiających efektów specjalnych. Zauroczenie filmem miało pociągać, i często pociągało, zauroczenie jego teologicznym przesłaniem.

Po drugie, teologia ta została sformułowana w pewnej, wyraźnej opozycji do propozycji chrześcijańskich. Chrześcijaństwo proponuje obowiązek, cierpienie, wyrzeczenie, ascezę, trud, który owocuje, ale po spełnieniu wielu wymagań. Tu proponuje się coś prostego i łatwego, coś, co jest dosłownie na wyciągnięcie ręki, coś, co nie wymaga rezygnacji z niczego, żadnego prawie trudu, a zarazem coś, co daje efekty natychmiast i to, jakie efekty - pewne nadprzyrodzone zdolności i umiejętności, ostatecznie boskość.