Kiedy opozycja popełniła kardynalny błąd, który wyeliminował ją z walki o realną władzę? Już na samym starcie. Tuż po przejęciu rządu przez Prawo i Sprawiedliwość, a przypominam, że to był pierwszy przypadek by jakakolwiek formacja uzyskała samodzielną większość parlamentarną, Grzegorz Schetyna ogłosił program opozycji totalnej, który składał się z dwóch płaszczyzn – ulicy i zagranicy.

Taktykę „ulicy” wspierała „Gazeta Wyborcza”, która już dzień po wyborach straszyła na swojej okładce „końcem demokracji”. Polacy po czterech latach straszenia złym PiS-em zupełnie uodpornili się na przekaz płynący z Czerskiej i nie wierzą w apokaliptyczne wizje. Dziś po częstych protestach w okolicach ulicy Wiejskiej pozostała tylko pamięć, a przypominam, że „totalni” protestowali z różnych powodów – od rzekomego łamania konstytucji, po „obronę” sądownictwa, po sprzeciw wobec zmian ustawy aborcyjnej czy odebranie emerytur UB-ekom. Protesty te narodu nie porwały, a u schyłku przyciągały wciąż te same twarze. Atmosfera została podgrzana do czerwoności zaraz po wyborach, a później stopniowo stygła. Autorytetu tym protestom nie dodało skrajnie śmieszne zachowanie jej uczestników, którzy kopali barierki, drapali policjantów, czy werbalnie atakowali polityków prawicy, jak choćby śp. Kornela Morawieckiego, za którym krzyczano „będziesz siedział”, na co nestor polskiego parlamentaryzmu odpowiedział – „przecież już siedziałem”. Powagi nie dodawała też postawa polityków – którzy wwozili na teren Sejmu protestujących w bagażniku, czy jak Ryszard Petru w trakcie „walki o demokrację” udali się na wakacje…

Również „zagranica” nie przyniosła efektu. Druga dekada XXI wieku to nie lata 90., gdy mainstreamowe media wciąż kreowały autorytet „oświeconych” państw zachodu. Kto z nas nie pamięta oklepanego pytania – „a co pomyślą o nas na Zachodzie?”. Dziś dzięki ułatwieniom komunikacyjnym Polacy sami na własne oczy przekonali się, że Zachód boryka się z coraz liczniejszymi problemami i wcale nie chcemy podążać tą samą drogą jak Francja, czy Niemcy. Zresztą taktyka odwoływania się do innych stolic w naszych wewnętrznych sprawach zawsze w Polsce kojarzyła się pejoratywnie.

Totalna opozycja od samego początku zarzucając PiS-owi tendencje autorytarne wykluczyła się z dialogu. Tak jakby władza PiS-owi została nadana przez czynniki zewnętrzne, a nie pochodziła z wolnego wyboru narodu. Brak analizy porażki z 2015 r. doprowadza w ostateczności do porażki, która nastąpi w przyszły weekend. Na opozycji dojdzie prawdopodobnie do przetasowań. Tylko czy jej potencjalni nowi liderzy będą potrafić naprawić błędy swoich poprzedników i przestaną odbierać PiS-owi legitymizację władzy i usiąść z tą partią do normalnej debaty? Niestety, ale wątpię.

Autor jest dziennikarzem „Tygodnika Solidarność” i portalu Tysol.pl