Natalia Nowakowska: Mam w ręku książkę Greogory’ego Floyda „Do zobaczenia, synku”, którą przetłumaczyłaś przed dwoma laty. To świadectwo ojca po śmierci sześcioletniego dziecka. To chyba za trudne kupić komuś taką książkę na prezent, bo przecież - dlaczego mamy czytać o śmierci i żałobie?

Agnieszka Ploch: Tak, rzeczywiście, to raczej nie najlepszy pomysł na zwykły prezent. Jednak nie zawsze dajemy prezenty tylko po to, by kogoś ucieszyć. Ta książka może być jednak prezentem, który może pomóc.

NN: A pomoże?

AP: Współcześnie spychamy cierpienie, śmierć, żałobę na margines naszej świadomości i zainteresowania. Tematy te wydają się czymś wstydliwym, czymś, z czym nie wiemy, co zrobić. To jednak nie zmienia faktu, że cierpienie, śmierć i żałoba dotykają nas i ludzi dokoła - naszych przyjaciół, sąsiadów, współpracowników, uczniów, pacjentów. W radzeniu sobie w takich trudnych chwilach nie pomagają nam już dawniejsze sposoby, a nawet świadomie nie chcemy się do nich odwoływać. Przyznam, że nierzadko czytam nekrologii w gazetach. Czy wiesz, że coraz częściej pojawiają się w nich dopiski „prosimy o nieskładanie kondolencji”? A może przypomnisz sobie, kiedy ostatnio widziałaś osobę noszącą żałobny strój lub choćby czarną szarfę na rękawie, czy czarną aksamitkę na klapie marynarki?

NN: Faktycznie, teraz – poza samym pogrzebem – raczej nie widuje się osób w żałobie, nie mówię tu tylko o czarnych strojach, ale o powstrzymaniu się od zabaw hucznych itp.

AP: Właśnie, coraz rzadziej przyznajemy się do własnego cierpienia, do żałoby. Nie chcemy, by inni to widzieli, żeby nam współczuli, żeby zadawali trudne pytania. A gdy śmierć bliskiej osoby dotknie kogoś z naszych znajomych, nie bardzo wiemy, jak się zachować – zatelefonować? zagadnąć? zapytać? Obawiamy się, że to zostanie uznane za wścibskość, narzucanie się, pustą ciekawość. A może boimy się wybuchu czyichś emocji?

NN: I w ten sposób koło się zamyka: jedni nie chcą zainteresowania i współczucia, drudzy boją się je okazać…

AP: Tak, a to pogłębia trudności w przeżywaniu żałoby, przedłużającą się niezgodę na to, co się zdarzyło, dojmujące poczucie samotności i opuszczenia.

NN: A przecież w rodzinie, jak również we wspólnocie Kościoła nie powinniśmy się czuć samotni i opuszczeni…

AP: Właśnie o tym jest książka, którą trzymasz w ręku. Historia w niej opisana zaczyna się dziwnie – od śmierci głównego bohatera. W spokojny, kwietniowy dzień John-Paul, sześcioletni syn Gregory’ego i Maureen Floydów, wyszedł z bratem na rower. Absolutnie nikt nie spodziewał się tego, co przyniesie to popołudnie, przed jakimi decyzjami, pytaniami, przed jaką próbą wiary i wzajemnej miłości postawi tę rodzinę.

NN: Jakie to były decyzje?

AP: Same trudne: czy w obliczu najgorszego ciosu, jaki może dosięgnąć rodziców, w obliczu śmierci dziecka zająć się sobą, własnym żalem, czy raczej zwrócić się ku innym? Czy zgodzić się na odłączenie dziecka od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe? Jak odpowiedzieć na prośbę o donację jego organów? Jak wytłumaczyć to, co się stało dzieciom, które pozostały? Czy wreszcie jaką trumnę wybrać?

NN: Maureen i Gregory są ludźmi wierzącymi, czy to pomogło im przeżyć tamte trudne chwile, miesiące i lata?

AP: Na pewno tak, choć wiara wcale nie uchroniła ich przed smutkiem, gniewem, pretensjami do Boga. Ten ciężki czas przeżywali bardzo po ludzku. I poprzez ludzi doświadczyli działania Pana Boga. Odkrywali Jego obecność w swojej wzajemnej bliskości, w trosce, jaką otoczyli ich przyjaciele, nauczyciele w lokalnej szkole, wspólnota parafialna. Bóg wspierał ich również dzięki fachowej terapii psychologicznej, jaką zdecydowali się podjąć sami i jaką zapewnili swoim dzieciom.  

NN: Więc wiara nie chroni przed cierpieniem?

AP: W swojej książce Gregory Floyd daje świadectwo, że wiara przed cierpieniem nie chroni, ale może nadać mu sens. Do tego sensu dochodzi się boleśnie i trzeba do tego wielkiej odwagi. Bo nie tylko Gregory i Maureen zadawali Bogu trudne pytania, ale przez śmierć synka i On stawiał im pytania– co tak naprawdę myślą o Nim, o wieczności, o Kościele?…

NN: … i o rodzinie?

AP: Tak, o rodzinie również. Drugie wydanie książki „Do zobaczenia synku”, na którym oparto jej polskie tłumaczenie, zostało uzupełnione o refleksje braci i sióstr małego Johna-Paula. Floydowie mają dużo dzieci – są pośród nich starsze od zmarłego chłopca, młodsze od niego, które go pamiętają i najmłodsze, urodzone już po jego śmierci. Ponad dwadzieścia lat po stracie brata mówią o nim tak, jakby wciąż był razem z nimi, jakby dzielił ich radości i smutki. Traktują go jak osobę szczególnie bliską – obecną jednocześnie w rodzinie na ziemi i w rodzinie w niebie.

NN: Te refleksje rodzeństwa są szczególnie poruszające. Wydaje się, że lektura tej książki może być pomocą dla całej rodziny, a także gestem pokazującym troskę od osób, które chcą wspierać pogrążonych w żałobie. Może jest to wyjście z sytuacji, kiedy nie wiemy co powiedzieć i jak pocieszyć …

AP: Tak. Myślę, że powinni ją przeczytać nie tylko rodzice, których dotknęło ciężkie doświadczenie utraty dziecka, ale zwłaszcza duszpasterze, wychowawcy, terapeuci. Ja sama nie zaliczam się do żadnej z grup, które wymieniłam - nie jestem księdzem ani nauczycielem, nie umarło żadne z moich dzieci. Kiedyś przeczytałam tę książkę jako matka, potem czytałam ją jako tłumacz. I może to nieprofesjonalne, ale za pierwszym i za drugim razem nie mogłam powstrzymać łez. Nie były to jednak łzy smutku, ale łzy wzruszenia towarzyszącego wielkiej nadziei, o jakiej mówi ta książka.
NN: Dziękuję za rozmowę.

 

Artykuł ukazał się w miesięczniku Moja Rodzina, w numerze 10, w 2018 r.

Miesięcznik można kupić w empikach i w placówkach Poczty Polskiej