„Tajemnica alei klonowej” związana jest z mrocznym czasem okupacji niemieckiej. Pewnego przedświtu 1944 roku młoda 16-letnia łączniczka wraca z lasu. Idzie wzdłuż nasypu kolejowego. Wraca do swojego domu położonego na skraju podkarpackiej wsi Klonowo.  I nagle ta cisza budzącego się dnia została przerwana stukotem nadjeżdżającego pociągu towarowego, który w drodze do śmierci w Auschwitz zgubił mały pakunek owinięty w poduszkę i związany rzemieniem. Małe kwilące niemowlę zostało wyrzucone z wagonu. W bohatersko – desperackim geście zrobiła to jego matka, która idąc na śmierć, dała niemowlęciu szansę życia.  Mały pakunek przynosi do domu młoda łączniczka, Agnieszka. Od tej chwili sama jeszcze dziecko, staje się dla niemowlęcia nową matką. Pomaga jej w tym cała grupa aniołów w postaci dziadka Walerego, księdza, Leona, a później jego siostrzenicy Barbary.

Wokół tej historii autorka buduje narrację. Źródło znajduje w czasie wojny, a potem prowadzi nas przez ścieżki czasu, aż do lat teraźniejszych. Niczym na paciorki różańca nanizuje czas wojny, trudne lata powojenne i  lata nam współczesne. W obrazowaniu wypadków pomagają „instrumenty czasu” czyli ludzie, zwierzęta, przedmioty, ulotne chwile. „Od zarania swego bytu tworzymy w mózgu mapę znaków: wskazuje ona ścieżki, jakimi winniśmy dążyć, determinuje postrzeganie rzeczywistości. Jest wewnętrznym przewodnikiem, busolą. Kodem rozpoznawczym”.  Każdy przedmiot, każda nasza czynność tworzy swoisty kod, który zostaje zapisany w naszej pamięci. I to on niczym brakujące początkowo puzzle zlepia ze sobą główną historię.

Kim jest uratowane dziecko, wyrzucone z jadącego pociągu – Żydówką, Cyganką czy Polką? Do końca nie dowiemy się o jego pochodzeniu. Autorka w formie psalmicznego lamentu nieszczęsnych trzech kobiet jadących do obozu śmierci, nie daje na to pytanie odpowiedzi. Identyczna skarga młodej Żydówki, Cyganki i Polki nie rozwiązuje zagadki, pokazuje natomiast uniwersalizm sytuacji. Przecież „cierpienie, śmierć nie ma rasy, nie ma narodowości. Ma twarz człowieka”.

 I jeszcze trzy sceny niczym poszczególne wybrane kadry filmu ukazujące niemieckich władców, którzy są panami życia i śmierci. Konferencja w Wannsee, która przypieczętowała oczyszczenie aryjskiej rasy z Żydów, Cyganów, a później Polaków.  Zamek w Wawelsburgu siedziba SS, miała tu miejsce uroczystość nadania rodzicielstwa niemieckiej parze, która dzięki Lebersbornowi w ramionach trzymała zrabowane dziecko. A teraz sny o potędze snuje Heirich Himmler. I wreszcie hauptsturmfuhrer Josef Kramer, krążący po pokoju, zmęczony nocą grozy, czyli czyszczeniem terenu z ludności cygańskiej. Wszyscy mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku, doskonale wykonanej roboty dla chwały III Rzeszy. Tylko nie wiedzą, „że przez oczko szczelnej sieci planu zagłady ktoś ośmielił się wyrwać jedną z ofiar. Dokonała tego młoda dziewczyna z niewiele znaczącej dla teatru wojny, zatopionej w lasach polskiej wsi, przemykająca ścieżką o brzasku wzdłuż torów”.

Dalej narracja przybiera tradycyjną formę.  Poznajemy tytułową aleję klonową i tradycyjne drzewa, każde poświęcone innej osobie z rodu Klonowskich, zasadzane według uroczystego obrzędu. Drewniany dom na skraju wsi, siedziba rodziny Klonowskich z unoszącym się wszędzie dobrym duchem seniora rodu dziadka Walerego, który potrafił zawsze znaleźć wyjście z najtrudniejszej sytuacji. Agnieszka niegdyś łączniczka biegająca do oddziału partyzantów z meldunkami, obecnie matka dorosłej już Zosi. Marta wiecznie krzątająca się w kuchni, aby  goście byli godnie przyjęci. Przyjaciółka Agnieszki dziennikarka Zuzanna, która powoli zostaje wtajemniczona w tajemnice porzuconego niemowlaka. I jeszcze wiele innych osób, które poznajemy w miarę układania porozrzucanej przeszłości.  Ciekawa rzecz, Autorka przedstawia dramatyczną sytuację osadzoną w mrokach hitlerowskiej okupacji i powojennych komunistycznych czasach, a czytelnik zostaje otulony ciepłem i dobrocią emanującą z głównych bohaterów. Gdzieś za ich plecami czają się upiory wojny i komunizmu, ale siedlisko Klonowo wydaje się bezpieczne.

Zuzanna Śliwa wyraziście buduje postacie, obdarzając je aurą przyjaźni i ciepła. Dziadek Walery o wspaniałej przeszłości niepodległościowej dobry, rozumny, pełen serdeczności i ciepła, który zawsze potrafi rozbroić trudne sytuacje poczuciem humoru. Agnieszka z narzuconym jej obowiązkiem wczesnego macierzyństwa, przez całe życie borykająca się z wojennym bagażem i dylematem, czy dobrze robi, nie wyjawiając Zosi prawdy o jej pochodzeniu. Marta o tragicznej przeszłości wojennej, dobry duch domu. A nad tym wszystkim prawda. Czy dobrze się stało, że Zosia nie poznała swego pochodzenia? Chociaż rodzina Klonowskich starała się odnaleźć jakikolwiek ślad po jej biologicznej matce, Agnieszka nie zdecydowała się na wyjawienie prawdy swojej córce. Czy można wyrwać kogoś ze szczęśliwych więzów rodzinnych, w jednej chwili zburzyć wszystko i pogrążyć go w mroku tajemnicy, skazać na wieczne poszukiwanie? Prawda nie zawsze wyzwala, może stać się przyczyną frustracji i psychicznego tsunami.

Książka Zuzanny Śliwy napisana jest doskonałym językiem. Autorka będąca za pan brat z przyrodą, dzieli się z czytelnikiem pięknymi opisami przyrody, która w „Tajemnicy alei klonowej” jest integralną częścią rzeczywistości. No i jeszcze humor, którego jest w powieści dużo. Na długo pozostanie w nas kapitalna scena transportu kozy motocyklem w drodze z klasztoru do Klonowa.

Układanki czasu, w które wprowadza nas autorka, doprowadzają do konkluzji, wypowiedzianej przez Agnieszkę: „Wierzę w dawne, utrwalone w ludach różnych kultur przekonanie, że ziemia pamięta, że wkleja w swoją historię każdy atom dziejących się na niej zdarzeń. Ziemia przeklęta lub błogosławiona, zła lub szczęśliwa. Ziemia naszej drogi do klasztoru i naszego zeń powrotu. I to, i to będzie odnotowane przez nią z precyzją kronikarskiego zapisu. Należymy do wszystkich naszych dróg, tak jak one należą do nas. Wystarczy przymknąć oczy, oddalić się w ciszę niebycia tu i teraz – aby wrócić na każdy szlak, którym kiedykolwiek szliśmy”.