Przed rozpoczęciem kampanii prezydenckiej w 2010 roku, tłumaczył swoją rezygnację ze startu tym, że musi stać na czele rządu „żeby prowadzić dla Polski ważny plan”. „Rząd musi być jak skała – dowodził - stabilny jak fundament.(…) Nie chcę uczestniczyć w wyścigu, którego celem jest pałac i zaszczyt, ja chcę uczestniczyć w batalii, której celem jest cywilizacyjny postęp”. Po tych gorących patriotycznych zapewnieniach opuścił Polskę dla zaszczytów brukselskich w 2014 roku, a stanowisko premiera przekazując Ewie Kopacz, która tak się do tej roli nadawała, jak koń do karety. A ten „cywilizacyjny postęp” to afera za aferą, zwieńczona podsłuchami z restauracji Sowa&Przyjaciele. To wówczas podczas popijania ośmiorniczek znakomitymi trunkami padały niecenzuralne słowa najwyższych urzędników państwowych o tym, że rządy w Polsce są jedynie teoretyczne, a całość ich to „h… d.. i kamieni kupa”. Oburzony Tusk zapewniał, że rozprawi się błyskawicznie z aferą taśmową. W rzeczywistości zamiast stawić czoła temu kryzysowi rządowemu, ówczesny premier wyjechał do Brukseli, aby tam pełnić funkcję przewodniczącego Rady Europejskiej. Jeszcze wówczas mieliśmy nadzieję, że tę funkcję spożytkuje jakoś dla dobra Polski. Nic się takiego nie stało. Chociaż jako wysoki urzędnik brukselski powinien być bezstronny, to Tusk wielokrotnie dawał wyraz swojej stronniczości. Z całych sił wspierając totalną opozycję, która jak tylko mogła, biegała z donosami na rządy PiS-u do UE. A Tuska w kraju przedstawiano nam jako króla Europy, w podtekście sugerując, jaki to splendor spadłby na nasz kraj, gdyby taka persona europejska chciała wrócić do Polski i znów wzięłaby w swoje ręce prezydenturę.

Donald Tusk nauczony już smutnym doświadczeniem nie mówił nigdy „tak”, ale podsycał ciągle marzenia pewnej warstwy Polaków o swym politycznym powrocie.  Tak było podczas jego wizyt w prokuraturze, do której był wzywany jako świadek. Początkowo jego przyjazdy przemieniały się w marsze jego poparcia, a on uciśniony przez reżim pisowski, szedł dumnie, jak męczennik wśród wiwatujących grup obywateli. Z czasem to się uspokoiło i gdy stawił się na przesłuchanie komisji sejmowej w sprawie wyłudzeń vatowskich, nikt już go nie witał. A jego zeznania obnażyły mizerię rządów Platformy.

Jeszcze miał nadzieję na lepszy wynik swojej macierzystej partii w wyborach do parlamentu europejskiego, jeszcze przyjechał w tym roku na obchody rocznicy wyborów czerwcowych z 1989 roku i zagrzewał do walki w swym rodzinnym Gdańsku. Ale efektów nie było.

Ze swą decyzją startu w wyborach prezydenckich zwlekał. Jego kadencja jako przewodniczącego Rady Europejskiej kończy się 1 grudnia i wówczas miał ogłosić swoją decyzję. Niepewny swojej pozycji, zamówił swój prywatny sondaż. Wynik był dla niego niepomyślny. Miał zbyt dużo do stracenia, mógł sromotnie przegrać z Andrzejem Dudą. Wolał nie ryzykować. I we wtorek ogłosił swoją decyzję. „uważam, że możemy te wybory wygrać - powiedział – ale do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem”.

Po co mu ciężka walka wyborcza, wątpliwy sukces, gdy tam w Brukseli czeka na niego ciepła posadka szefa Europejskiej Partii Ludowej. Idealna fucha – splendor za duże pieniądze i małe obowiązki. Wprost idealne zajęcie dla Donalda Tuska.

W takiej sytuacji opozycja na swoją kandydaturę prawdopodobnie wystawi Małgorzatę Kidawę- Błońską, która stwierdziła: „Jestem gotowa i mam pomysł, jak pokonać Andrzeja Dudę”.