Marsze Niepodległości zaistniały z inicjatywy ludzi związanych z ruchem narodowym i od początku były solą w oku dla władz. We wczorajszym programie „W tyle wizji” Rafał Ziemkiewicz, który był jednym z pomysłodawców tego przedsięwzięcia, wspominał trudne początki Marszu. Atakowany był niemal przez wszystkich, a prym w nagonce wiodła jak zawsze niezawodna „Gazeta Wyborcza”, która miała szalone pomysły, aby Marsz zablokować. Jednym z nich była próba rozdania ileś tysięcy gwizdków, aby zagłuszyć przebieg uroczystości.

Potem przyszły lata prowokacji. Starano się wmówić rodakom, że Marsz to nacjonalizm w najgorszym tego słowa znaczeniu, faszyzm, chuligaństwo i samo zło. Marsz miał się kojarzyć Polakom ze zwykłą zadymą, podczas której policja wpuszczała w tłum grupy zamaskowanych chuliganów, którzy zrobiwszy swoje, spokojnie przechodzili przez kordon policji. Jednego roku zadymę zorganizowano na Pl. Konstytucji. Zamaskowani chuligani rwali płyty chodnikowe, obrzucali się nimi i demolowali co się dało. Plac był otoczony kordonem policji, a rzeczywisty Marsz Niepodległości szedł spokojnie inną trasą. Dochodziło do zaproszenia przez lewicę bojówkarzy niemieckich, którzy wszczynali awantury. Na Nowym Świecie policja goniła demonstrantów, bijąc ich pałkami, kopiąc. Potem przyszła kolej na podpalania. I znów bezkarnie w tłum wdarła się grupa zamaskowana, podpaliła wóz transmisyjny telewizji i spokojnie uciekła. No i sławetne podpalenie budki przed ambasadą Rosyjską. Po czasie, dzięki aferze taśmowej, dowiedzieliśmy się, że pomysłodawcą całego zdarzenia był minister MSW Bartłomiej Sienkiewicz. A na drugi dzień po zajściu prezydent Polski Bronisław Komorowski przepraszał władze rosyjskie za podpalenie polskiej budki, która stała w pobliżu ambasady.

Do społeczeństwa miał trafić przekaz, że dzień 11 listopada lepiej spędzić w domu, a już w żadnym wypadku nie chodzić na Marsz Niepodległości, bo można porządnie oberwać.

Ale na szczęście od czterech lat to już historia. Odkąd władze przejęło Prawo i Sprawiedliwość zapanował spokój i powaga tego święta. Wielotysięczny tłum przechodzi spokojnie swoją trasą w marszu Niepodległości. Idą w nim młodzi ludzie z dziećmi, średnie i starsze pokolenie. Nikt nikogo nie bije, nie rozpędza. Chuliganów brak,. Ale i to się niektórym środowiskom nie podoba. Marsz Niepodległości to czysty faszyzm –głoszą i tropią jakiekolwiek kontrowersyjne hasła na transparentach, nie podobają im się race, które tworzą biało-czerwoną otoczkę Marszu. W swoim zidioceniu doszli do tego, że winią Marsz za spowodowanie smogu, który, ich zdaniem, spowija w tym dniu miasto. To niebezpieczeństwo wykazały czujniki powietrza. W ratuszu przebieg Marszu śledzi sławetna Ewa Gabor i tylko dyszy chęcią wykrycia gdzieś nieprawomyślnych haseł, aby dać powód do rozwiązania zgromadzenia. Urzędnicy ratusza głowią się troją, aby przekazać opinii publicznej ile uczestników bierze udział w Marszu. Wczoraj wyszło im z obliczeń, że 40 tys., organizatorzy mówią o liczbie 150 tys. Ciekawe, jak 40 tys. ludzi mogło spowodować tak „dotkliwy” smog racowy.

Nie w smak jest środowisku liberalno-lewicowemu ta uroczystość, to radosne świętowanie patriotyzmu, przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Oni wolą inny rodzaj świętowania. Naczelny „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski wybrał się tego dnia do lasu, aby zbierać śmieci: butelki, puszki i ubolewać nad stanem świadomości śmieciowej Polaków. Można i tak. Głupota wypowiedzi twitterowych jest nieograniczona. W tym tygodniu pobił jej rekord prezydent Wrocławia, który mieszkańców Breslau tych dawnych i dzisiejszych oskarża za „Kryształową Noc”, noc pogromu Żydów zorganizowaną przez władze III Rzeszy. Dziwne jest to specyficzne przywiązanie niektórych samorządowców do niemieckiej tradycji i niemieckich nazw. Dotąd prym w tym wiodła prezydent Gdańska, teraz przyłączył się do niej prezydent Wrocławia.

Radosne świętowanie 11 listopada już za nami. Teraz może wzorem ubiegłych lat ruszą do ataku brukselscy liberałowie. Znów dowiemy się ilu to faszystów maszerowało ulicami Warszawy.