Sołowjow w swoim opowiadaniu napisał, że Antychryst będzie genialnym myślicielem, pisarzem i działaczem społecznym. Będzie kimś, kto będzie rozpoznawał dobro, Mesjasza, Boga, będzie w Niego wierzył, ale ponad Niego stawiał samego siebie.

Tym, co skłoni Antychrysta do zła nie będą niskie pokusy, ale jego własna wielkość – filantropia, asceza i wstrzemięźliwość. To właśnie obserwując własną wielkość, uwierzy on, że sam może decydować o wszystkim i to uczyni go sługą Szatana, tego, który wołał: „Nie będę służył”.

Sołowjow napisał: „I czy można go winić za to, że tak hojnie Bożymi darami uposażony, ujrzał w nich szczególne znaki wyjątkowej dla siebie przychylności z góry i widział w sobie kogoś drugiego po Bogu, jedynego w swoim rodzaju syna Bożego?”.

Podsumowując zaś to, kim jest, napisał: „Jednym słowem, uznał siebie za tego, kim w rzeczywistości był Chrystus. Ale ta świadomość swojej najwyższej godności uformowała się w nim nie jako jego moralny obowiązek wobec Boga i świata, lecz jako jego prawo i poczucie pierwszeństwa przed innymi, a głównie przed Chrystusem. Początkowo nie czuł nawet do Jezusa wrogości. Uznawał Jego mesjańską rolę i godność, ale tak naprawdę to widział w Nim tylko swojego największego poprzednika – czyn moralny Chrystusa i Jego absolutna jedyność były dla tego zamroczonego miłością własną umysłu niezrozumiałe. Rozumował on tak: „Chrystus przyszedł przede mną; ja jestem drugi; ale przecież to, co w porządku czasowym jest późniejsze, w istocie jest pierwsze. Przychodzę jako ostatni, u kresu dziejów, właśnie dlatego, że jestem doskonałym, ostatecznym zbawicielem. Ów Chrystus jest moim zwiastunem. Jego misją było poprzedzenie i przygotowanie mojego przyjścia”.

Zauważmy, że w tym rozumowaniu Solowjowa kryje się przekonanie, że Antychrystem może być ktoś powszechnie uważany za świętego, co więcej, ktoś, kto faktycznie był bardzo bliski świętości, ale kiedy to zrozumiał, upadł pod ciężarem własnej wielkości, uwierzył, że zawdzięcza ją sobie, a nie Bogu.