Jak tłumaczy Kamila Dyrdyna, 37-letnia scenarzystka i reżyser: "Najgorsza była jednak presja - wewnętrzna i zewnętrzna. Im więcej głosisz, tym bardziej jesteś podziwiany i kochany, i tym mniejsze masz poczucie winy wobec Boga. Im mniej głosisz, tym bardziej jesteś ignorowany przez bardziej aktywnych Świadków albo narażasz się na pouczające rozmowy ze starszymi zboru, o tym jak powinieneś czy powinnaś bardziej się starać".

Na pytanie dlaczego, odeszła, odpowiada: "Trudno to streścić w jednym zdaniu. To był bardzo długi i powolny proces, podobny do procesu erozji skały na dnie rzeki. Pierwszy moment, w którym poczułam, że coś jest "nie tak", przyszedł dopiero w czasie studiów. Wkrótce po rozpoczęciu studiów w nowym mieście, gdzie nikogo nie znałam, wpadłam w depresję".

Jak dodaje: "Przez rok czy dwa próbowałam się "leczyć" poprzez wręcz maniakalne zaangażowanie w aktywność w moim nowym zborze. Świadomie czy podświadomie próbowałam zagłuszyć problem głoszeniem non-stop od domu do domu, studiowaniem Biblii, przygotowywaniem się do zebrań itp. To było takie uczucie, jak podkręcanie głośnej muzyki, żeby zagłuszyć wszystkie inne myśli. Mój wyjazd na zimowy ośrodek pionierski, o którym wspomniałam na początku, był częścią tego samoleczenia.
Kiedy jesteś Świadkiem Jehowy, zwracanie się do psychologa jest potępiane. Mimo, że w ich literaturze już od paru lat oficjalnie znajdziesz informacje o przypadkach, kiedy taka terapia u psychologa jest potrzebna i zalecana, nieoficjalnie przekaz jest taki, że jeśli idziesz do psychologa, jesteś "slaby duchowo".

Podzieliła się również smutną refleksją: "Zmieniłam się z uśmiechniętej, "nakręconej" do głoszenia dziewczyny w taką wypaloną kukłę, i większość przyjaciół i starszych w zborze w mieście uniwersyteckim zaczęła mnie omijać. To było niesamowicie silne doświadczenie kondycjonalnej miłości. Przekaz: kiedy jesteś zaangażowana w 100 proc., kochamy cię, kiedy odpadasz z czołówki peletonu, nikogo to nie obchodzi".