Wałęsa w Izraelu, WOŚP jako biuro matrymonialne, Grabowski pluje jadem na Dudę, Iran CD


Lewicowe media doceniły za poparcie mordowania nienarodzonych dzieci laureatkę Złotego Globa (za rolę w serialu "Fosse/Verdon") aktorkę Michelle Williams. Jak można się dowiedzieć z artykułu „Ta przemowa na Złotych Globach zrobiła furorę, ale rozjuszyła prawicę. Aktorka mówiła o aborcji" (autorstwa Aleksandry Gersz) doceniona przez lewice aktorka Michelle Williams „wygłosiła bowiem najmocniejsze przemówienie wieczoru, w którym apelowała o prawo kobiet do aborcji" i wyznała „że gdyby nie prawo kobiet do wyboru, nie byłaby tu, gdzie jest".


Aktorka stwierdziła: „Jestem wdzięczna za wybory, których dokonałam oraz za to, że żyję w momencie, w którym w naszym społeczeństwie istnieje wybór. Naszym ciałom – kobiet i dziewcząt – mogą bowiem zdarzyć się rzeczy, które nie są naszym wyborem. Staram się kierować swoim życiem, a nie tylko sprowadzać je do zajść, które mi się przydarzają. Chcę patrzeć na nie, jak na pisane moją ręką – czasem niezgrabnie i w formie bazgrołów, czasem ostrożnie i uważnie, ale zawsze moją ręką. Nie byłabym w stanie tego zrobić, gdybym nie wierzyła w prawo kobiet do wyboru; wyboru, kiedy mieć dziecko i z kim, wtedy, gdy będę czuła, że mam wsparcie i mogę zachować w moim życiu równowagę, wiedząc – co wiedzą wszystkie matki – że uwaga musi być i będzie kierowana w kierunku dzieci".


Na serwisie „DadHero.pl" (związany z portalem „Na temat") ukazał się artykuł „Moje kilkuletnie dziecko jest transpłciowe. Mam się sprzeciwiać czy pozwolić, by było szczęśliwe?" autorstwa Kacpra Peresady.

 

Artykuł na lemingradzkim portalu napisany jest, tak by przemawiać do emocji, wykorzystywać wcześniej wdrukowane w odbiorców skojarzenia. Rozpoczyna się stwierdzeniem, że „w Polsce mamy wciąż problem z akceptacją osób transpłciowych, budzą emocje i spotykają się z niezrozumieniem" (jest to sformułowanie kluczowe uruchamiające ciąg wdrukowanych przez media lewicowe skojarzeń). Po czym czytelnicy poznają tęczowy ''karygmat'' (metoda nawracania ściągnięta od charyzmatyków), świadectwo ojca, który twierdzi, że gdy wszystkie dzieci snują opowieści, że są innej płci (taki zabieg wspólnotowego doświadczenia pozwala skłonić odbiorców do solidarności z nadawcą), to jego potomstwo (zapewne biologiczna córeczka, zwana przez niego synem) „każdego dnia mówił o tym, że chce być chłopcem. Gdy próbowałem go poprawiać, nie reagował w normalny sposób, wpadał w złość, zaczynał krzyczeć i płakać".


W tekście nie pojawia się refleksja, że trucie dziecka horomonami uniemożliwiającymi jego biologiczny rozwój jest negatywnym zjawiskiem. Okaleczenie zwane zmiana płci na drodze operacji i kuracji hormonalnej przedstawiane jest jako decyzja, z której można się wycofać.


Na antyPiSowskim portalu „Na temat" ukazał się artykuł „"To był Czarny Wtorek. Jednego dnia zginęły 62 osoby". Dlaczego pożary trawią Australię" autorstwa Katarzyny Zuchowicz, tekst, który z racji na miejsce swojej publikacji (portal wspierający wszelkie postępowe zabobony) doprowadzi do amoku wściekłości klimatystów spod znaku Grety Thunberg.


Z artykułu wynika, że pożary wyniszczające Australię „wybuchają w australijskim buszu od zawsze. Również pożary, które szaleją teraz w Nowej Południowej Walii, nie są tu niczym niezwykłym. [...] Historia pokazuje, że największe pożary szalały w Australii w lutym. I niosły tragiczniejsze żniwo. Mieszkańcy Australii są do nich przyzwyczajeni. Pożary buszu wtopiły się w krajobraz tego kontynentu i są tu normalnym zjawiskiem. Każdego roku może ich być nawet ok. 50 tysięcy".


Tegoroczne pożary mające być rzekomo skutkiem rzekomej katastrofy klimatycznej też nie są niczym wyjątkowym. Identyczna klęska miała miejsce w połowie XIX wieku 170 lat temu. Jak można przeczytać w artykule opublikowanym na portalu „Na temat" „tak sucho i gorąco było też w 1850 roku i na początku 1851 roku. Kontynent niemal gotował się od gorąca, padały rekordowe temperatury. [...] Jeden dzień, 6 lutego 1851 roku, przeszedł do historii jako Czarny Czwartek. Od tego dnia australijscy badacze śledzą pożary buszu na kontynencie i tworzą ich chronologię. Choć przyznają, że pojawiają się one tu od milionów lat".

 

Według naukowców pożary wywoływały uderzenia piorunów, wiadomo też, „że od tysięcy lat busz wypalali również Aborygeni, by w ten sposób użyźniać glebę, powiększać pastwiska, pobudzić wegetację roślin, ułatwić polowanie na zwierzęta".


Według cytowanych w artykule naukowców „przyczyną pożarów w lutym 1851 roku była częściowo susza, która trwała przez 1850 rok. "6 lutego 1851 roku do godziny 11 przed południem było 47 stopni C, do 13. temperatura spadła do 43 stopni, a koło 16. wzrosła do 45. Ci, którzy ocaleli, twierdzili, że powietrze było pełne dymu i było tak gorąco, że nie można było oddychać". .


Dodatkowo o tym, że pożary nie są skutkiem rzekomej katastrofy klimatycznej, świadczy to, że w Australii obecne pożary w 50% zostały wzniecone przez osoby w wieku poniżej 21 lat w ramach celowego podpalenia z zemsty lub w celu wypalenia traw. Tylko 6 procent pożarów ma naturalne przyczyny i wynika z uderzeń piorunów czy samozapłonu łatwopalnej roślinności.

 

Z artykułu można się dowiedzieć, że tragiczne pożary maiły miejsce w 1851, 1898, 1938, 1939, 1967, 1983, 2009. Zginęły w nich setki ludzi a tysiące domów dostały spalone. Warto pamiętać, że biali zaczęli zasiedlać Australię w 1788, Aborygeni nie mieli kronik, więc tylko od ponad 200 lat zbierane są dane o wydarzeniach z dziejów tego kontynentu, w tym i cyklicznych pożarach.

 

Jan Bodakowski