W zarzutach nie chodzi nawet o to, że Benedykt XVI mówi o wielkości celibatu, bo trudno przypuszczać, aby mówił inaczej. Chodzi o to, że w ogóle coś mówi. Wyraził to polski jezuita o. Kramer w sposób niezwykle oburzający: "bardziej chodzi o to, że miał milczeć, a póki co teraz zaczyna mówić. Jednak chyba lepiej, aby papieże umierali".

ks. Thomas Marschler z Augsburga także wyraził to w sposób ironiczny: "Wizja dnia: Kolejny emerytowany papież ma konto na Twitterze".

Wielu postępowych teologów nie kryje swojego świętego oburzenia. Ci, którzy przez lata krytykowali papieży, w tym Benedykta XVI i nie wahali się rozbijać Kościoła, mówią o tym, że krytyka zaszkodzi Franciszkowi i rozbije Kościół.

Co do jednego, autorzy ci mają rację: cała sytuacja jest bez precedensu i nie tyle rozbija Kościół, co ujawnia jego głębokie rozbicie, które dokonało się dawno. Trudno jednak dziwić się Benedyktowi, że zabiera głos, widząc to, co jego następca wyprawia z Kościołem. Winienie Benedykta za rozbijanie Kościoła jest jednak, jak winienie lekarza za to, że pacjent jest chory, bo nazwał chorobę po imieniu i jej się sprzeciwił. To nie Benedykt podważa celibat, to nie on dokonuje głębokiej deformy, to nie on manipuluje swoim poprzednikiem, aby pokazać światu, że zmiana się nie dokonuje, a poprzedni papież w pełni popiera swojego następcę.

Niestety, Benedykt XVI robi wrażenie "więźnia Watykanu", który ma za zadanie milczeć i przytakiwać. Kiedy wychodzi z tej roli, jest atakowany. Kiedy ujawniano prawdziwe bądź rzekome jego wyrazy wsparcia dla Franciszka, nie było takiego oburzenia, że zabiera głos.