Konrad Berkowicz dowodził: „Konfederacja w tym sporze nie staje po żadnej stronie dlatego, że przedmiot tego sporu jest wysoce niewłaściwy.(…) Nie chodzi o to, kto będzie dzierżył władzę nad sądami w Polsce, ale chodzi o to, żeby sądownictwo w Polsce było prawdziwie niezależne”.  Dowodzono, że jest to „gigantyczny skok na sądownictwo”, ale Konfederacja nie może się również zgodzić z opozycją totalną, która chce wprowadzenia unijnego dyktatu. Janusz Korwin-Mikke mówił: „Trzeba zrobić nowe rozdanie i od nowa zrobić nabór sędziów”. Tylko jak to przeprowadzić i jeszcze uzyskać większość sejmową nie powiedział. W konsekwencji Konfederacja wstrzymała się od głosu.

W debacie telewizyjnej Dobromir Sośniarz tak uzasadniał tę decyzję: „Reforma sadownictwa PiS to brudny plaster na ropiejącą ranę. Łatamy kolejne braki poprzednich reform, a dla Polaków nic się nie zmienia. Operetka, gdzie dwa chóry stoją na scenie.(…) Jak sądy działały źle, tak działają źle. Jedni robią z siebie obrońców tej patologii, której się bronić przecież nie da, a PiS zamiast świętować po czterech latach sukces reformy wymiaru sprawiedliwości, ma przeciwko KE, ludzi na ulicach i rozdrapaną sprawę, w której nic nie postąpił do przodu. Jak można schrzanić taką sprawę?” Aż dziwne, że Konfederacja nie widzi, że przez cały ten czas reforma ma zdecydowany opór opozycji, która nieustannie bruździ przeciwko niej w Brukseli. Łatwiej jest być radykałem, gdy występuje się z ramienia małej partii, niż wtedy gdy sprawuje się władzę i musi się liczyć z pewnymi uwarunkowaniami.

Smutne, że po prawej stronie ław sejmowych nie może być wsparcia, tak jak to robi strona lewa, jednocząc się jednogłośnie z krytyką Zjednoczonej Prawicy. Tak było w poprzedniej kadencji Sejmu z ugrupowaniem Kukiz 15, który musiał mieć zawsze odrębne zdanie niż PiS. Historia walk sejmowych sięga jeszcze dalej do czasów KPN i polityki Leszka Moczulskiego, zwalczającego rząd Jana Olszewskiego. Te ciągłe nadzieje na to, że przeciwnik wykrwawi się w bojach i wówczas brużdżące ugrupowanie stanie się liderem, nigdy nie odniosły dobrego skutku. Kolejne takie ugrupowania odchodziły w niebyt.

Teraz jest podobnie. Konfederaci stają z boku i czekają, aż PiS-owi podwinie się noga. Liczą, że z powodów zdrowotnych osłabnie pozycja prezesa Jarosława Kaczyńskiego i wówczas PiS się posypie w wewnętrznych podziałach. Dlatego chcą budować swój silny potencjał, aby w odpowiednim czasie stać się główną liczącą się siłą na prawicy. Stawiają głównie na młodych, dla których radykalizm Konfederacji jest atrakcyjny.  Tylko, że teraz nadzieje mogą spalić na panewce i partia ugrzęźnie na poziomie 7-8 proc. Z czasem stanie się z nią, tak jak z Unią Polityki Realnej, która kiedyś była wyroczną dla młodych ludzi.

Konfederacja jest wewnętrznie podzielona – na narodowców, dla których dobro wspólnoty narodowej jest sprawą nadrzędną i na korwinowców, hołdujących wolność jednostki. Kłopot jest również z liderami Konfederacji. Jaki jest Janusz Korwin-Mikke każdy wie i zdołał się już przyzwyczaić do jego dziwnego zachowania i takich też sądów. Jego resentymenty z Rosją są znane. Atakuje nasz sojusz ze Stanami Zjednoczonymi i stacjonujące u nas wojska NATO. Uważa, że zostały złamane obietnice z 1996 r. dane Kremlowi na szczycie NATO-Rosja w Madrycie. A w sprawach gospodarczych Janusz Korwin-Mikke nazywa PiS partią komunistyczną i woli o tych kwestiach rozmawiać z SLD niż z PiS.

Nigdy też nie wiadomo z czym wyskoczy Grzegorz Braun. Ostatnio dał się poznać dzięki pomysłowi budowie  Fortu Xi, czyli baz dla Chin zamiast dla Amerykanów. Inna ciekawa teoria Brauna to budowa centrali izraelskiego wywiadu w okolicach przyszłego CPK.

Teraz Konfederaci namaścili na przyszłego prezydenta Krzysztofa Bosaka. Liczą, że podczas kampanii zyskają więcej zwolenników. Ciekawe, jak zachowają się w drugiej turze wyborów, czy poprą Andrzeja Dudę. Sondaże mówią, że aż 70 proc wyborców Konfederacji jest przekonane o zwycięstwie Andrzeja Dudy. Jak zachowają się politycy Konfederacji, zobaczymy.