Zwłaszcza, że paradoksalnie nie ma żadnej geopolitycznej przyczyny, żeby owego misia wkurzać. Wbrew temu co twierdzą „nasi” medialni propagandyści – od „Gazety Żydowskiej”, WSI24 i o ironio postkomuszej „Polityki” z jednej strony po TVKurski, „Gazetę Polską” i „wSieci” z drugiej nie mamy kolizji interesów z putinowską Rosją. A pomimo tego faktu właśnie to robimy. W interesie państw bałtyckich, Gruzji, Ukrainy, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. To nie Rosja wysuwa chamskie roszczenia terytorialne wobec nas, tylko „przyjacielska” Ukraina. Która wraz z bratnią nam rzekomo Litwą gnoi u siebie Polaków. Owszem Rosja czci swoich morderców naszych rodaków w postaci Smierszu i NKWD oraz okupacyjną Armię Czerwoną, tylko że to sami robią Bałtowie (od Talinna do Wilna wielbiąc swoich weteranów Waffen SS) i Ukraińcy (zarówno formacje Waffen SS, jak i UPA i są do tego stopnia bezczelni, że to robią nawet na terenie Polski). W zakresie polityki historycznej do porozumienia z Rosją nie dojdziemy, ale to nie polityka historyczna wykopuje przepaść pomiędzy naszymi państwami, bo jest ona tylko narzędziem.


Co jest celem nowego cara Rosji? Utrzymać swoją władzę. I spokojnie sprzedawać ropę, gaz i inne surowce Zachodowi. Cóż trochę upraszczając – Putin i jego minister finansów wstając rano muszą tylko i przede wszystkim sprawdzić notowania giełdowe surowców, bo od tego zależy wszystko. Począwszy od realizacji budżetu, a skończywszy na modernizacji rosyjskiej armii. A na czym jak na czym, ale na geopolitycznym wpływaniu na inne kraje za pomocą surowców strategicznych zna się doskonale. W końcu specjalizował się w tym jeszcze na swoich studiach. Tak więc jest on carem ze swoją prywatną stacją benzynową. A jego władza zależy od notowań ropy i gazu. Dlatego zależy mu na jak najwyższych cenach surowców. Czy Putin chce podbić Europę Zachodnią? Po co mu ponad trzysta milionów rozpuszczonych jak dziadowski bicz, roszczeniowych (jak Arab świeżo przybyły do Niemiec) europejskich nierobów? Po co ma ich podbijać, okupować, narażać się na straty wśród wojska i nienawiść świata, skoro i tak ma największy kraj na świecie, a Europie może sprzedawać surowce? Dzisiejsza wojna i okupacja wygląda inaczej, niż 100, czy 50 lat temu.  Sami jesteśmy krajem okupowanym – ekonomicznie i politycznie. Zachodnie korporacje mają w Polsce o wiele więcej do powiedzenia, niż polski obywatel. A amerykańscy i izraelscy ambasadorzy traktują nas, jak trzeciorzędną kolonię. Wtrącając się do każdej sprawy i ubijając przy tym własne interesy. Zachowanie wszechwładnej pani Mosbacher, niczym się nie różni od działań rosyjskich ambasadorów za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego, czy okresu PRL-u.  Tak więc mamy tyle wolności ile przeznaczony na rosół kogut z kurnika. A dodatkowo każdego dnia zwiększa się obcy ucisk ekonomiczny nad kluczowymi sektorami polskiej gospodarki.


Mimo to wzorcem baranów z piłsudczykowskiej Sanacji prowadzimy znowu „politykę mocarstwową”. Nie mając ku niej ani zasobów, ani uczciwych i inteligentnych elit politycznych. Obawiam się, że skończy się jak w 1939 roku. Ostatnio lekcję dyplomacji po kolei dają nam Żydzi, Amerykanie i Rosjanie. Wszyscy oni zachowują się wobec Polski równie podle, choć tylko ci ostatni są naszymi wrogami, a dwie pierwsze nacje to rzekomo nasi „najlepsi przyjaciele”. Podobnie zresztą, jak Ukraina, czy Litwa. Dlatego wcale nie zaskoczył mnie tytuł ze szwabskiego „Faktu”, informujący że dzięki naszym wspaniałym przyjaciołom (a nie dlatego, że akurat nie chciał) Putinowi nie udało się skopać Polski na propagandowej hucpie w Izraelu. To ja się pytam dzięki, którym przyjaciołom? Bo żadnych przyjaciół tam nie dostrzegłem. Tylko wrogów jawnych (Rosja, Niemcy, Francja) i wrogów niejawnych, traktowanych przez nas jako przyjaciół: (Izrael, Stany Zjednoczone, Ukraina).