Niedawno media obiegła wiadomość, że włoscy karabinierzy donieśli do prokuratury na księdza, który wbrew zakazom odprawił Mszę św. niedzielną dla 7 osób. Ksiądz tłumaczył, że nie wiedział o zakazie, bo kuria przesłała mu jedynie e-mail, a on nie odbiera poczty internetowej. Sytuacja jest jednak kuriozalna - w kościele było obecnych 8 osób i trudno mówić o jakimkolwiek zgromadzeniu. Taka rzeczywistość we Włoszech jest niestety codziennością. W parafiach wiejskich wiernych jest niezwykle mało, więc zakaz władz nikogo nie chroni, a uderza jedynie w Kościół.

Nawet w miejskich parafiach problem można by obejść, nawet jeśli jest tak poważny jak mówią. Można by wpuszczać na Msze powiedzmy ok. 200 osób, a potem dezynfekować kościół. Można by jednocześnie zwiększyć liczbę Mszy. Zamknięcie kościołów to najprostsze rozwiązanie dla władz, który nic ich nie kosztuje, a daje ludziom poczucie, że coś robią. A przecież sklepy, bary, restauracje skupiają często więcej osób...

Jest to natomiast potężne uderzenie w Kościół. Pozbawia wiernych nie tylko sakramentów, ale poczucia, że są sami, bez opieki duszpasterskiej, a kapłani się od nich izolują. W dodatku, przy zakazie pogrzebów, umarłych będzie się kremować bez katolickich uroczystości.W czasie zarazy, gdy wierni potrzebują szczególnej opieki Kościoła, modlitwy i towarzyszenia przy śmierci tego będą pozbawieni.

Kościół powinien walczyć o prawo do praktyk religijnych i tak jak w pierwszych wiekach odprawiać Msze przy zamkniętych drzwiach, a nie zgadzać się na ataki paniki i niepokoju.