Przez ostatnie dziesięciolecia powtarza się slogany w Kościele o "burzeniu bastionów", potępia się krucjaty, a nawet odwoływanie się do pojęcia walki duchowej, które znane jest od czasów Ojców Kościoła. Mówi się co prawda o tym, że Kościół ma być szpitalem polowym, ale kiedy przychodzi zagrożenie, okazuje się, że nie ma chętnych, aby pójść do chorych, a  nawet jedynie zagrożonych chorobą.

W wielu krajach europejskich odwołuje się Msze święte, nie udziela się ostatnich sakramentów, nie grzebie się po katolicku zmarłych, ba, nawet się nie chrzci. Kościoły są otwarte, ale nie ma kapłanów, którzy nagle zniknęli. Papież Franciszek zamknął się w Watykanie, odmawia Anioł Pański z biblioteki, choć przecież nic mu nie grozi na balkonie na Placu św. Piotra. Wierni i tak się tam gromadzą, bo postawiono telebimy transmitujące modlitwę zamkniętego papieża.

W Polsce, gdzie nie ma jeszcze zbyt wielu chorych i odnotowano zaledwie kilka przypadków zgonów, niektórzy kapłani są tak wystraszeni, że z przerażeniem i gniewem reagują na osoby, które nie chcą przyjmować Komunii św. na rękę. Brak jest świadomości, że ksiądz, tak jak i lekarz, jest wezwany do tego, aby być na pierwszej linii frontu i narażać swoje życie w służbie innym. Ks. Skorupko prowadzący żołnierzy przeciwko Armii Czerwonej, trzymający wysoko krzyż, powinien być wzorem dla wszystkich współczesnych kapłanów i samego papieża.

Czas na poważnie potraktować hasło Jana Pawła II "Nie lękajcie się. Otwórzcie drzwi Chrystusowi!". Strach, który tak rozkwitł w Kościele, wskazuje na to, że wielu ludzi zatraciło perspektywę życia wiecznego, myśli tylko w kategoriach doczesnych, nie wierzy w moc modlitwy, a może nawet w istnienie dobrego Boga. Pamiętajmy o słowach Zbawiciela: "Nie lękajcie się. Jam zwyciężył świat" (J 16, 33).