Narodziło się także swoiste poradnictwo. Często dotyczące drobiazgów na jakie sami byśmy nie zwrócili uwagi. Ma oczywiście związek ze sposobami unikania zarażeń wirusem. Dla, mówiąc krótko, dobra ogólnego przytoczę parę z nich. Z części korzystamy w mojej rodzinie, bowiem jeden z naszych domowników przechodzi obowiązkową kwarantannę po powrocie z zagranicy.

Pierwszą i najważniejszą, poza unikaniem kontaktu bezpośredniego z osobą „podejrzaną”, staje się sprawa klamek. Czy za każdym dotknięciem je odkażać? Wedle porady jednej z moich znajomych wystarczy rolka papierowego ręcznika kuchennego, który jest grubszy niż papier toaletowy. Składamy dwa listki, i przez nie chwytamy  klamkę – a potem papier, dotykany tylko z jednej strony i tylko raz użyty, wrzucamy do kosza, a jeśli ktoś ma – do kominka. W przypadku wizyty listonosza przesyłkę też możemy odebrać przez papier, otwierać ją ostrożnie, zawartość wysypywać a opakowanie wrzucić do kosza. Potem na wszelki wypadek umyć ręce.

Ten rodzaj papierowego zabezpieczenia dotyczy także urządzeń łazienkowych: kranów, sedesu,     nie mówiąc o ręcznikach, osobnych dla każdego i nie powieszonych na kupie, ale najdalej od siebie. Domownik na kwarantannie, który musi przebywać w oddzielnym pokoju, swój ręcznik (przez który odkręca również kran) zabiera ze sobą, zaś po użyciu sedesu zawsze odkaża go specjalnym płynem, lub spirytusem, podobnie jak rączki czy przyciski do spuszczania wody.

Sklep to teraz miejsce szczególne. Jeśli nie daje się uniknąć wizyty w nim, trzeba zmienić sposób podejścia do zakupów. Nie brać niczego, co otwarte, np. wrzuconych do pojemnika bułek ( chyba, że są ładowane do torebek już w piekarni) czy leżących na ladzie lub półkach nieopakowanych ciastek. I tu  można użyć metody przyniesionego ze sobą podwójnego ręcznika papierowego.

Jedna z takich telefonicznych porad lekko mnie rozbawiła. Znajoma, zażarta szaradzistka, musiała biec do sklepu, bo brakło jej krzyżówek do rozwiązania. Kupiła kilka sztuk a potem w domu z każdej zdarła okładki, bo – jak zresztą słusznie twierdzi – mogli ich dotykać inni klienci. Okładki wrzuciła po zdarciu do kosza, po czym starannie umyła ręce.

Domownik na kwarantannie musi jeść. Jak takiego karmić bezkontaktowo? Trzeba zaopatrzyć go w sztućce, talerze i kubki, które sam zmywa i ustawia na stołku pod drzwiami. Wlewamy tam zupę i nakładamy drugie danie. Ten system dobrze się sprawdza i choć taki zamknięty osobno biedak musi uzbroić się w wielką cierpliwość, robi to dla wspólnego dobra rodziny. Te 14 dni jakoś da się przeżyć. Pierwsze siedem idzie z pewnym trudem, ale następny tydzień już lżej, bo z górki.

Gorzej mają osoby mieszkające samotnie i posiadające zwierzęta domowe. Jeśli to blok na osiedlu, trzeba niestety szukać pomocy u innych. Kot nie przysparza kłopotów; ma kuwetę. Ale psy wychodzić muszą. Był pomysł, żeby na czas kwarantanny zwierzęta te oddawać do schronisk, jednak nie takie to proste, bowiem Polacy mają bardzo dużo psiaków, a miejsc w schroniskach tyle co kot napłakał.  

Oprócz antywirusowego poradnictwa, także tego za pośrednictwem różnych stacji telewizyjnych, kwitnie też swoisty „rynek dowcipów”, który na swój specyficzny sposób wypełnia potrzebę pozbycia się strachu. Najwięcej żartów dotyczy oczywiście kwarantanny i tego, jak można ją najłagodniej przeczekać. Przypomina mi się jeden z rysunków. Nieogolony facet leży na tapczanie. Obok zgrzewki piwa i dymiący grill. Rodzimy sposób na nudę i wywołanie choćby chwilowego uśmiechu.

Dziś rano dzwoni do mnie znajoma, pani mocno posunięta w latach. Zamiast płakać i narzekać niespodziewanie rzuca to młodzieżowe: - No i jak się bawisz?

Uśmiecham się. Nareszcie moment ulgi…Po tylu dniach grozy.

Zuzanna Śliwa