Podstawowym obowiązkiem kapłanów jest nieść takim ludziom pociechę i nadzieję, Komunię świętą, być z nimi, modlić się z nimi, ofiarowywać im Boże błogosławieństwo.

Czy są w sposób wystarczający otoczeni opieka duszpasterską?

Na to pytanie nie sposób dziś (kwiecień 2020) odpowiedzieć. W mediach i internecie informacje na ten temat są szczątkowe. Kościół o tym nie informuje.

Jedyna informacja na ten temat, która znalazłem w mediach pojawiła się na portalu TVP INFO. Oto ona: „Kapelan od 12 lat każdego dnia odwiedza z posługą ciężko chorych pacjentów w Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej i Publicznym Szpitalu Klinicznym nr. 1 w Lublinie. Odwiedza też pacjentów oddziałów zakaźnych. W ostatnich tygodniach, z uwagi na kolejne zachorowania na koronawirusa, kapelani szpitalni są do dyspozycji pacjentów na szczególnych zasadach, które nie ułatwiają im pełnienia posługi. Ks. Łukasz Pyda przyznaje, że sytuacja jest wyjątkowa. Przez wszystkie moje lata posługi nie spotkałem aż tak dużych obostrzeń. Brak sprzętu uniemożliwia nam częste docieranie do pacjentów z koronawirusem, wymagałoby to bardzo dużej ilości kombinezonów. Ale jesteśmy zapewnieni, że jeżeli będzie jakiekolwiek ryzyko zagrożenia śmiercią pacjenta i rodzina czy pacjent chcieliby skorzystać z naszej posługi, to jak najbardziej będziemy o tym informowani i wzywani – mówi rozmówca Poland In. (...) Kapelan szpitalny to część całego personelu medycznego. Wszyscy pracujący w służbie zdrowia podejmują ryzyko, że sami także będą chorować na choroby pacjentów. W sytuacji tego zagrożenia człowiek się nie zastanawia, idzie by pełnić swoją misję, swoją posługę, bez względu na to, jakie niesie to zagrożenie – podkreśla ks. Pyda”.

Wiele z powyższego tekstu dowiedzieć się nie da. Więcej dowiadujemy się z portalu Krajowego Duszpasterstwa Służby Zdrowia. Znajdujemy tam materiał pt. „Jak kapelani rozgrzeszają chorych na oddziale zakaźnym?”. Czytamy w nim: „Kapelani z Radomskiego Szpitala Specjalistycznego zapewniają, że zakażeni koronawirusem nie pozostają bez opieki duchowej. Mimo tego, że nie mogą wejść na oddział zakaźny. (…) W dobie pandemii kapelani szpitalni znaleźli się w nowej sytuacji. Posługa wygląda, co prawda tak samo, ale jest ograniczona w stosunku do osób zakażonych lub podejrzanych o zakażenie. – Nie możemy wchodzić na oddział zakaźny i OIOM – mówi ks. Mirosław Bandos. Dodaje, że pacjenci nie są pozostawieni bez opieki duchowej. – Staramy się ogarniać ich codzienną modlitwą. Jeśli chodzi o sakramenty, staramy się komunikować przez personel. Wykonujemy telefon i pytamy, czy ktoś nowy przybył. Jeśli nie, to prosimy, żeby poinformowali obecnych pacjentów, żeby wzbudzili sobie żal za grzechy. Wtedy ja staję przed drzwiami tego oddziału czy na jego wysokości i proszę, żeby mieli tę świadomość, że my im udzielamy rozgrzeszenia, zgodnie ze wskazaniami Penitencjarii Apostolskiej – wyjaśnia kapelan radomskiego szpitala.

Pacjenci oddziałów zakaźnych mogą skorzystać też z możliwości komunii św. duchowej. Ks. Mirosław Bandos zachęca także do uczestnictwa we Mszy Św. za pośrednictwem internetu w telefonach komórkowych. Mówi, że trzeba być w stanie łaski uświęcającej, wyzbyć się przywiązania do grzechu. Jest wtedy też możliwość uzyskania odpustu zupełnego.

Duża trudność jest w przypadku sakramentu namaszczenia chorych w obliczu śmierci zakażonego. – Inspiruję się tu obrazem z Wielkiego Piątku kiedy obok Pana Jezusa jest dwóch łotrów. Skoro pacjent wzbudził w sobie żal doskonały, to tak jak ten Dobry Łotr on nie prosi o zbawienie, ale tylko o wspomnienie. Zatem sakrament namaszczenie fizycznie nie jest udzielony, ale na pewno zostałby duchowo przyjęty przez tego chorego – mówi gość Radia Plus Radom”.

Dlaczego nie ma tam spowiedzi usznych indywidualnych z całego życia Dlaczego o to nie walczą kapłani? Dlaczego nie walczą o to, by ciężko chorym udzielić faktycznej Komunii Świętej, odprawić dla nich Mszy Św., udzielić im ostatniego namaszczenia?

Dzwoniłem też do wielu kapelanów szpitali posiadających oddziały zakaźne. Udało mi się połączyć tylko z jednym. Kapłan posługuje sam w całym wielkim szpitale i obejmuje opieką duszpasterską nie tylko pacjentów, ale i personel (np. odprawia oddzielne Msze Św. dla personelu oddziału zakaźnego, na którym znajdują się zarażeni koronawirusem). Trudno mu zatem odwiedzać i oddział zakaźny (znajdują się na nim tylko lekkie wypadki) i inne oddziały (personel z oddziału zakaźnego nie wychodzi poza swój oddział). Mówi, że pacjenci zarażeni koronawirusem są poinformowani, że może ich wyspowiadać i udzielić im Komunii Świętej i jest gotowy w każdej chwili wkroczyć na ten oddział (jest dla niego przygotowany specjalny kombinezon). Nikt jednak z pacjentów o to do 2 kwietnia 2020 r. nie poprosił.

Czy zatem można powiedzieć, że w katolickiej Polsce jest właściwa i pełna opieka duszpasterska osób dotkniętych koronawirusem?

Co się stało z wieloma kapłanami? Czy nie wiedzą już kim są i jakie są ich obowiązki?

W 2016 r. ukazał się w periodyku „Zapisku Historyczne” artykuł autorstwa Andrea Mariani pt. „Jezuici Prowincji Litewskiej wobec epidemii dżumy z lat 1708–1711”. Artykuł może być pouczający dla nas wszystkich, szczególnie dla kapłanów (a najbardziej dla jezuitów).

W wymienionym okresie w efekcie zarazy zmarło 131 jezuitów (było ich wszystkich 680). W samym Wilnie zaraza zabiła 33 tys. osób (liczna mieszkaniowców wynosiła ok. 70 tys.)

Jezuici podeszli, można powiedzieć, profesjonalnie do zarazy. Zastosowali wszystkie środki zapobiegawcze takie jak w Polsce w 2020 r., zamknęli swoje szkoły. Wyznaczyli kapłanów do posługi duszpasterskiej i braci do opieki nad mieszkańcami (zaopatrzenie w żywność biednych, opieka pielęgniarska nad chorymi, prowadzenie pogrzebów) i ich odseparowali. Pozostałych zakonników przeniesiono na wieś. Gdy umierali ci pierwsi uzupełniano ich stany. W pewnym momencie jezuici zamknęli też część kościołów, ale Msze Św. odprawiali na świeżym powietrzu i w mieszkaniach przy otwartych oknach. Chrzcili też i udzielali ślubów. Jezuici organizowali adoracje Najświętszego Sakramentu i procesje pokutne, spowiadali, nieśli pocieszenie. Głosili na placach słowo Boże.

Przytoczmy kilka fragmentów tego artykułu.

Czytamy w nim: „Jezuici ze szczególną troską podchodzili do kwestii udzielania sakramentów. Zgodnie z topiką laudacyjną kronik domowych ich liczba była niekiedy notowana przez kronikarzy. Podstawę ku tego typu obliczeniom dawały spisy sporządzane przez samych zakonników, które odzwierciedlają zamiłowanie jezuitów do gromadzenia danych statystycznych. Stanisław Lipski z wileńskiego domu profesów wysłuchał np. 1500 spowiedzi. Gdy zachorował, nie mogąc już chodzić, kazał wozić się lektyką (…). Oprócz głoszenia kazań w Krożach Wojciech Hryszkiewicz w okresie 50 dni wysłuchał 250 spowiedzi, czyli średnio pięć dziennie. Nawet w złym stanie zdrowotnym ojcowie Towarzystwa nie przerywali pracy. Chociażby w Warszawie Marcin Eliaszewicz udzielał (...) otaczającym go ludziom błogosławieństwa. Starania jezuitów prowadziły niekiedy do konwersji. Do takich przykładów należała Anna z Łapickich, żona wójta nieświeskiego Michała Nieczaja, która z siostrą przeszła z prawosławia na katolicyzm. Działalność charytatywna i duszpasterska często skutkowała zarażaniem się śmiertelną chorobą. (...) Wielkie ryzyko wiązało się ze słuchaniem spowiedzi usznej oraz z karmieniem chorych. Chociażby w Nieświeżu zakrystian kościoła Bożego Ciała Stanisław Lisowski zaraził się, podając jedzenie pachołkowi (...). Jakub Bartsch, profesor filozofii akademii wileńskiej, zachorował na dżumę, odwiedzając mieszczanina Goriusa, niedawno pozyskanego na łono Kościoła katolickiego”.

Czytamy w nim również: „Oczywiste ryzyko wiązało się z kontaktem fizycznym z chorymi zakonnikami lub z ich zwłokami. Z tego powodu śmiertelnie zachorował koadiutor Jerzy Hertl, który przyjął na siebie zadanie obmywania i ubierania ciał zmarłych współbrac. Superior misji królewieckiej Herman Holtz nabawił się choroby, udzielając ostatnich sakramentów współbratu Wawrzyńcowi Gostowskiemu. W Dyneburgu Jan Burski zaraził się, nosząc scholastyka Jedlińskiego do swojej celi. W podobny sposób zachorował w Krożach rektor Aleksander Kasztela, biorąc udział w pochówku swego przyjaciela archidiakona żmudzkiego.Gdy jezuici odczuwali pierwsze symptomy choroby, pozostawali na posłudze zarażonym i rozpoczynali odpowiednie przygotowania do śmierci. Wzruszające opisy tych indywidualnych zachowań znajdują się w nekrologach. Przede wszystkim przystępowano do generalnej spowiedzi i do komunii, które powtarzano w przypadku przedłużania się agonii. Jakub Bartsch i Józef Sierkuczewski rozgrzeszali siebie nawzajem. Następnie chorzy udawali się dobrowolnie do folwarku podmiejskiego, aby tam oczekiwać śmierci. Tak postąpili np. Baltazar Jaworski z wileńskiego domu profesów oraz wspomniani Bartsch i Sierkuczewski z kolegium akademickiego. Proszono także współbraci o wybaczenie. Umierający jezuici wystosowywali w tym celu listy, tak jak to uczynił Kazimierz Szczytt, lub zwracali się do wspólnoty za pośrednictwem spowiednika, jak w przypadku Aleksandra Kaszteli. Rzadko znajdujemy natomiast wzmianki o ostatnim namaszczeniu, które jako sakrament rozpowszechniało się dopiero w XVIII w. Otrzymał je m.in. Aleksander Kasztela. Ze względu na brak kapłana konający jezuici byli niekiedy zmuszeni do udzielenia sobie samym sakramentów. Wykorzystywali jednak tę sytuację do pobudzenia religijnych uczuć otoczenia. W ten sposób należy zinterpretować zwołanie przez Marcina Romanowskiego służby domowej, w obecności której udzielił sobie ostatniego namaszczenia”.

Czy dziś w Polsce kapłani nie powinni zachowywać się jak ci jezuci? Czy ich ryzyko utraty życia nie jest tysiąc razy mniejsze?

 

 

Jest to fragment najnowszej książki Stanisława Krajskiego pt. „MASONERIA POLSKA 2020. NA ROZDROŻU HISTORII”, która ukaże się w drugiej połowie kwietnia. Zamówienia można już składać: 601-519-847

lub: savoir@savoir-vivre.com.pl