W ostatnich miesiącach stacje wodowskazowe wskazywały na bardzo złą sytuacje stanu poziomów wód. Pod koniec stycznia odnotowano rekord jeżeli chodzi o poziom wód. 60 stacji zarejestrowało tak zwany „przepływ niżówkowy”, który wskazuje na suszę hydrologiczną. W lutym, kiedy to opady były większe, sytuacja się poprawiła i dzisiaj na suszę wskazuje 20 stacji. Jednak o tym, że sytuacja jest nadal poważna świadczy fakt, że w zeszłym roku, który był bardzo suchy, taki wynik pokazywało tylko 7 stacji. Po lutowych pomiarach powagę sprawy podkreślił też minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. -  Biorąc pod uwagę, to co się w ostatnim roku działo w Polsce, jeśli chodzi o poziomy wód i katastrofalnie niski stan wody na Wiśle, czyli 33 cm, musimy naprawdę przygotować się pod kątem suszy – mówił Marek Gróbarczyk. To wszystko może spowodować największą od kilkudziesięciu lat suszę.

Eksperci alarmują i podkreślają, że ciągły brak opadów nie wróży niczego dobrego.  – Jeszcze kilka tygodni temu nie chciałem przesądzać, czy susza będzie groźna, czy nie, bo liczyłem, że w marcu lub na początku kwietnia zacznie padać. Deszczu jednak cały czas nie ma i sytuacja w Polsce zaczyna wyglądać bardzo źle – mówi prof. Zbigniew Karaczun ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Naukowiec prognozuje także, że jeżeli przez najbliższe dwa i pół tygodnia nie zacznie padać trzeba przygotować się na dramatyczny scenariusz, bo ziemia nie będzie przygotowana na zasiewy. - To będzie skutkować niskimi plonami i wysokimi cenami żywności – mówi profesor.

Niestety pozytywów nie wróżą także prognozy sezonowe Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Według nich deszcz ma pojawić się dopiero w maju a to zdecydowanie za późno dla rolników. Z tego powodu ceny w sklepach mogą zdecydowanie wzrosnąć. Taką sytuację potęgują także przymrozki, które przyszły po ciepłych dniach w lutym i marcu kiedy to rośliny zaczęły kiełkować a drzewa puszczać pąki. - Mogły doprowadzić do poważnych uszkodzeń roślin i ostatecznie będą mieć wpływ na wielkość plonów – mówił rzecznik IMiGW Grzegorz Walijewski.

W przeciwdziałaniu takiemu scenariuszowi przeszkadza także trwająca epidemia koronawirusa. Rząd już w zeszłym roku zaczął wprowadzać i projektować rozwiązania mające na celu przeciwdziałanie skutkom suszy. Wśród nich jest budowa, które będą zatrzymywały wodę w trakcie suszy i odprowadzały ją w przypadku nadmiaru. Jednak z uwagi na koronawirusa prace przy takich inwestycjach są utrudnione i opóźnione z powodu niemożności przeprowadzania spotkań terenowych.  – Nie zdążyliśmy spotkać się z rolnikami na Podlasiu, Podkarpaciu i Mazowszu. Nie możemy działać, nie wiedząc, czy jest zgoda właścicieli gruntów, spółek wodnych – tłumaczy Sergiusz Karuzel rzecznik Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie.

Sytuacja jaką prognozują eksperci może spowodować, że woda może nie popłynie w miastach gdzie może zostać przeciążona sieć wodociągowa na przykład z powodu nawadniania wysuszonych trawników. Problem ten może spotkać także gospodarstwa, które wodę czerpią z indywidualnych studni bądź miejscowości, w których wodociągi korzystają z płytkich źródeł. Państwowa Służba Hydrologiczna oznaczyła zagrożone tereny, które leżą w województwach wielkopolskim, kujawsko-pomorskim, pomorskim, lubelskim, opolskim, dolnośląskim, warmińsko-mazurskim i podlaskim. Taka sytuacja miała miejsce w zeszłym roku. – Zaczynam być ostrożny z mówieniem, że w kranach woda na pewno będzie. Zeszły rok pokazał, że woda nie jest nam dana raz na zawsze, w Skierniewicach jej zabrakło, a ponad 300 gmin ogłosiło różne rodzaje ograniczeń w korzystaniu z niej – mówi prof. Karaczun.

Susza jest zagrożeniem nie tylko dla plonów i cen, ale także dla lasów. W przypadku wysokich temperatur połączonych z brakiem intensywniejszych opadów gwałtownie wzrasta zagrożenie pożarowe. Instytut Badawczy Leśnictwa poinformował, że już teraz na terenie całego kraju obowiązuje zagrożenie pożarowe. Dlatego też zdaniem leśników trzeba przygotować się na masowe pożary lasów.

Damian Zakrzewski

Źródło: pap.pl