Szymowski na początku zauważył:

Jestem jednym z nielicznych dziennikarzy, którzy słysząc o konflikcie w Programie Trzecim Polskiego Radia, nie angażują się w spór tylko wzruszają ramionami. Cała ta historia potwierdza to, o czym od dawna mówię i piszę publicznie: jedyną receptą na problemy tej rozgłośni jest jej prywatyzacja.

Potem zwrócił uwagę:

Kilka tygodni temu miałem nieprzyjemność wymienić kilkunastomailową korespondencję z rzeczniczką prasową Polskiego Radia. Wysłałem jej kilkanaście bardzo precyzyjnych pytań związanych z wydatkami spółki. Chodziło m.in. o zaciągnięte kredyty, o liczbę (i wynagrodzenia) osób zatrudnionych na niepotrzebnych, a dobrze płatnych stanowiskach, o wyjazdy zagraniczne i szereg innych wydatków. Jako spółka Skarbu Państwa, Polskie Radio ma obowiązek takich informacji udzielić dziennikarzowi, w tym wypadku jednak pani rzecznik odpowiadała mi agresją, odsyłając mnie do KRS. Ponieważ pani rzecznik jest kolejnym "misiewiczem" - skrzywdzonym poprzez objęcie stanowiska dalece przekraczającego intelektualne kompetencje - bardziej mnie to bawiło niż złościło, choć pojawił się pomysł, by na tą lalunię donieść do prokuratury za niedopełnienie obowiązku służbowego. Moje pytania i tak się doczekają odpowiedzi jednak zostanie ona złożona na zapytanie poselskie.

Stwierdził także:

Przypomniałem sobie to teraz, gdy Polaków podzielił kolejny, bezsensowny spór o konflikt w radiowej "Trójce" zapoczątkowany kłótnią o zdjęcie utworu Kazika Staszewskiego. Problem bezsensowny. Fakt, iż taka bzdura jest w stanie stać się tematem dnia i zaangażować nawet polityków (vide Paweł Kukiz) świadczy o tym, że nasza "klasa panująca" zupełnie straciła kontakt z rzeczywistością. Wśród rozmaitych, przemądrzałych komentarzy brakło głosu takiego, jak mój, że to dziadostwo i ten bałagan, który się zwie Polskie Radio SA - jest z zasady nieuleczalny i pomóc może tylko prywatyzacja.