Sondaże przed planowanymi wyborami prezydenckimi 10 maja dawały mu nawet II miejsce w pierwszej turze. Tak wynikało z sondażu IBRiS dla Onetu. Chciało wówczas oddać na niego głosy aż 14,1% wyborców. Trzeci był Szymon Hołownia (9,2%), a czwarta byłaby Małgorzata Kidawa-Błońska - 6,7%. Inna sprawa, że z tego samego sondażu wynikało, że Andrzej Duda ma szansę wygrać już w I turze - jego notowania to było 49,7%. Gdyby jednak nawet Władysław Kosiniak-Kamysz nie wygrał, a miał realne szanse w II turze, osiągnąłby historyczny wynik dla PSL-u, utwierdził swoją pozycję w partii i miał przed sobą wielką przyszłość.

Paradoksalnie to on był jednym z najgorętszych orędowników przełożenia wyborów, co skończyło się tym, że z sondażu exit poll po I turze wynika, że otrzymał zaledwie 2,6% głosów i znalazł się dopiero na szóstym miejscu. Jest to wielka porażka, zwłaszcza biorąc uwagę z jakiego pułapu startował. To może doprowadzić nawet do buntu w partii i obaleniu jego przywództwa, jak również skończyć jego karierę.

10 maja  udział w wyborach deklarowało zaledwie 43% wyborców. Teraz do urn poszło 62%. Największy efekt przyniosła jednak podmiana kandydata PO z Kidawy-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego. Kosiniak-Kamysz dostał ekstra punkty dzięki kompromitacji Kidawy. Trzaskowski je jednak odzyskał. Mimo to nawet Hołownia wypadł kilka razy lepiej niż lider PSL.