Któż nie doznał przyjemności z kąpieli pod prysznicem po jakimś mozolnym wysiłku? A jeśli nie pod prysznicem, to w wannie, albo w balii – bo przecież nie wszyscy mają prysznice, podobnie, jak bieżącą wodę. Tak czy owak, człowiek czuje się nie tylko czysty, ale i odprężony. I właśnie czegoś podobnego doznałem w ostatni weekend, uczestnicząc 18 lipca w ceremonii święceń biskupich księdza prałata Henryka Jagodzińskiego, którego 3 maja papież Franciszek podniósł do godności arcybiskupa tytularnego Limosano oraz mianował nuncjuszem apostolskim w Ghanie. Święcenia odbyły się w kieleckiej Bazylice katedralnej, a następnego dnia – w biskupiej Mszy św. Prymicyjnej w kościele parafialnym w Małogoszczu, skąd JE Henryk Jagodziński pochodzi. W takiej ceremonii uczestniczyłem po raz pierwszy w życiu, a być może i po raz ostatni, więc jestem niezwykle wdzięczny Księdzu Arcybiskupowi za łaskawe zaproszenie mnie do Kielc i Małogoszcza.



Nawiasem mówiąc, nie było to pierwsze zaproszenie, jakie JE Henryk Jagodziński do mnie wystosował. W początkach lat 90-tych, jako kleryk w kieleckim Seminarium Duchownym, zaprosił mnie na spotkanie, na które - jak przypuszczam – musiał uzyskać pozwolenie władz seminaryjnych. Ksiądz Jagodziński dowiedział się o mnie z lektury “Najwyższego Czasu!”, którego czytelnikiem był zarówno on, jak i niektórzy koledzy-klerycy z jego rocznika. Po raz drugi, już jako wyświęcony ksiądz, pełniący obowiązki wikariusza w Busku-Zdroju, zaprosił mnie na wykład o konstytucji – bo odbywało się akurat referendum konstytucyjne. Wykład wygłosiłem zaraz po sumie przed ołtarzem, co mnie trochę krępowało, ale cóż było robić? Potem nasze kontakty się urwały, aż do momentu, gdy w podszedł do mnie podczas “herbatki” w nuncjaturze w Montevideo. Nie poznałem go, ale kiedy się przypomniał, zapytałem, co tutaj robi. Wyjaśnił, że jest sekretarzem – co jest pierwszym stopniem w hierarchii watykańskiej dyplomacji. Pogratulowałem mu stanowiska i wyraziłem radość, że właśnie tacy księża, jak on, trafiają do watykańskiej dyplomacji. Minęło kilka lat, aż nasi przyjaciele, przebywający na placówce w Indiach, przekazali mi pozdrowienia od księdza Jagodzińskiego, który zajmował już wyższe stanowisko w nuncjaturze w New Delhi, a w niedziele odprawiał tam msze dla katolickich dyplomatów w tym kraju. W ten sposób zerwany kontakt ponownie się nawiązał i ksiądz Jagodziński przysłał mi swoją książkę z wyborem kazań. Dowiedziałem się wkrótce, że został przeniesiony do nuncjatury w Bośni i Hercegowinie, no a 3 maja br. - że został wyniesiony do godności arcybiskupa i mianowany nuncjuszem w Ghanie.



Ścisła ceremonia rozpoczęła się od odczytania bulli papieża Franciszka, w której autor podkreślił “ludzkie i kapłańskie zalety ducha” oraz “doświadczenie w podejmowaniu spraw.” I dalej napisał: “ale przedtem – (tzn. przed święceniami – SM) według zwyczaju musisz złożyć wyznanie wiary i przysięgę wierności wobec Mnie i Moich Następców, zgodnie z prawami i normami Kościoła.” I tak się stało - co przypominało średniowieczną ceremonię homagium, kiedy to wasal klękał przed seniorem, któremu składał uroczystą przysięgę wierności oraz zobowiązywał się wobec seniora do auxilium i consilium, to znaczy – do pomocy i rady. Chociaż postępactwu coś tak staroświeckiego podobać się nie może, to przecież trudno o lepszy przykład europejskiej ciągłości cywilizacyjnej i kulturowej – bo oprócz przysięgi nowy arcybiskup, niczym dawni rycerze, obrał sobie herb i zawołanie. Tarcza herbowa podzielona na dwa pola: białe i czerwone, co z jednej strony symbolizuje krew i wodę, jaka po uderzeniu włócznią wytrysnęła z serca Jezusa, ale z drugiej - również polskie barwy narodowe. Na białym polu umieszczony został podwójny krzyż, jaki ozdabia relikwiarz z drzewa Krzyża Świętego w świętokrzyskim, XI-wiecznym klasztorze, a na polu czerwonym – złota róża, symbolizująca Najświętszą Marię Pannę. Zawołaniem arcybiskupa Jagodzińskiego jest “In fines orbis”, co się wykłada: “po krańce ziemi” – kóre również nawiązuje do jego misji dyplomatycznej.



Ceremonia miała piękną oprawę muzyczną i – trzeba chyba tak powiedzieć – choreograficzną – bo chyba tak trzeba nazwać procesję, usługiwanie przy ołtarzu, zwłaszcza manipulacje trybularzem. Chóry niemal anielskie, podobnie jak muzyka. Co tu dużo gadać; w Kościele katolickim liturgia, zwłaszcza dawna, albo do dawności nawiązująca, nie może nie robić wrażenia na człowieku wrażliwym na piękno, bo zresztą jej celem jest rodzaj prefiguracji Królestwa Niebieskiego, które nie tylko roztacza majestat, ale też promieniuje pięknem. Jak zauważył Feliks Koneczny, każda cywilizacja w unikalny sposób rozumie pięć kategorii: Dobra, Prawdy Piękna Zdrowia i Dobrobytu – więc własnie podczas takich uroczystosci można lepiej zrozumieć, jak pojmowane jest Piękno w cywilizacji łacińskiej. Nie bez kozery Kościół katolicki nazywa się “rzymskim”, a Stanisław Cat-Mackiewicz przedstawiał się jako “rzymski katolik, ale bardziej rzymski, niż katolik”.



Pod koniec ceremonii odczytane zostały listy od pana prezydenta Andrzeja Dudy, Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, JE abpa Stanisława Gądeckiego oraz wysokiego przedstawiciela Bośni i Hercegowiny, a JE arcybiskup Jagodziński wygłosił podziękowania dla najdostojniejszych uczestników uroczystości, pokazując przy okazji, ze rzeczywiście jest następcą apostołów, którzy po zesłaniu Ducha Świętego, “mówili językami”. Wygłosił przemówienia w języku włoskim, angielskim i serbsko-chorwackim – bo na uroczystość przybyła również delegacja z Bośni i Hercegowiny. Szkoda każdego słowa; w dyplomacji watykańskiej panuje selekcja pozytywna.



Niedzielna prymicja biskupia w Małogoszczu miała charakter bardziej familiarny, bo w tym niewielkim miasteczku wszyscy ze wszystkimi się znają, co – jak zauważył podczas końcowych przemówień Jego Ekscelencja – “ma swoje plusy dodatnie i ujemne”. Szczęśliwie Niebo powstrzymało deszcz, dzięki czemu nabożeństwo na wolnym powietrzu – bo parafialny kościół z pewnością wszystkich uczestników by nie pomieścił – odbyło się bez żadnych zakłóceń.



Piszę to pod wrażeniem tych uroczystości, które przypomniały mi słowa Ludwika Hieronima Morstina, gdy pisał o prof. Tadeuszu Zielińskim: “Ale kościół katolicki nie na próżno nazywa sie rzymskim i grecko-łacińska kultura nie jest mu obcą ani wrogą. Że Bóg objawia się także w pięknie, tego nie neguje, że ten element piękna i sztuki, jest we współczesnej nam epoce przez kościół katolicki nie dosyć uwzględniany, jako środek wychowania duszy ludzkiej w kulcie i miłości bóstwa, to także prawda.” Prawda, owszem – ale bywa też odwrotnie, co miałem okazję widzieć na własne oczy.



Stanisław Michalkiewicz